„Urodziła się jako wcześniak. Lekarze nie dawali jej szans”. Te słowa, powtarzane w mediach jak refren taniej ballady, irytują Aleksandrę Kałucką. Bo jak długo można być dla świata tym, któremu „miało się nie udać”? Aleksandra już dawno przestała definiować się przez to, co mówili o niej lekarze, a zaczęła przez to, co sama osiągnęła. I to jest ta różnica, której nie da się zamknąć w dwóch zdaniach. A przecież historia, w której jedną z głównych ról grają rodzina, psycholog i niesamowita determinacja, jest znacznie ciekawsza niż to, co widzimy na podium.
Ola i jej siostra Natalia urodziły się przed czasem. Dla wielu to tylko liczba w metryczce, ale wcześniactwo to wciąż jak wróżenie z fusów. Czy przeżyje? Czy będzie widzieć? Słyszeć? Biegać? Rodzice Aleksandry nie dostali żadnej instrukcji obsługi, tylko dziecko w inkubatorze i ocean pytań bez odpowiedzi. A jednak to, co zrobili, było najcenniejsze – pozwolili jej być sobą. Owszem, nie zawsze rozumieli jej wybory. Wspinaczka? Przecież to niebezpieczne. Ale kiedy Aleksandra w końcu wspięła się na podium, było jasne, że dali jej coś więcej niż tylko życie. Dali jej wolność.
Patrzę na historię Aleksandry i myślę, ile razy sami siebie skreślamy, zanim jeszcze życie zdąży nas naprawdę przetestować. Ola nie widzi idealnie, ale kto widzi świat w pełnej ostrości? Kto z nas nie ma defektów, które w naszym umyśle urastają do rangi przeszkód nie do przeskoczenia? Aleksandra ma dar, który większość z nas ignoruje – zamiast oglądać się na to, czego jej brakuje, patrzy na to, co ma. „My nie jesteśmy idealni, ale to nie znaczy, że jesteśmy gorsi” – mówi, a jej słowa brzmią jak antidotum na współczesne obsesje perfekcjonizmu.
Sport bywa okrutny. Nie wybacza potknięć, nie daje drugiej szansy. Jedno złe pociągnięcie, jeden fałszywy krok i całe lata przygotowań mogą runąć jak domek z kart. Dla Aleksandry jednak sport to coś więcej niż rywalizacja. To szkoła życia, w której uczysz się pokory i cierpliwości. Gdy po kontuzji odebrano jej wspinaczkę, czuła się jak ptak zamknięty w klatce. Dopiero pomoc psychologa pozwoliła jej na nowo znaleźć balans. Trudno nie podziwiać jej determinacji, gdy mówi o swojej drodze na igrzyska, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
Ale najbardziej poruszające jest to, jak Aleksandra mówi o swojej siostrze. Natalia, bliźniaczka, która jest jednocześnie jej największym wsparciem i rywalką. „Kiedy zdobyłam kwalifikację olimpijską, wiedziałam, że Natalia nie pojedzie. To było najtrudniejsze, co musiałam jej powiedzieć”. Ale Natalia nie odeszła, nie obraziła się na świat. Była najgłośniejszą kibicką na trybunach, trzymając polską flagę i kibicując siostrze z całych sił. To wsparcie jest jak ukryta linia asekuracyjna, bez której Aleksandra nigdy nie dotarłaby tam, gdzie jest teraz.
Patrzę na Aleksandrę i widzę, że granice są tak naprawdę w naszych głowach. To my decydujemy, czy słabość stanie się wymówką, czy powodem, by działać. Można urodzić się wcześniakiem, można widzieć słabiej, ale to nie musi definiować całego życia. Praca nad sobą, wsparcie rodziny i odrobina przekory wobec losu potrafią sprawić, że rzeczy niemożliwe stają się tylko kolejnymi przeszkodami do pokonania. Aleksandra udowadnia, że każda ściana, choćby wydawała się nie do zdobycia, może stać się twoim szczytem.
