Teatr po odjęciu wszystkiego
Beckett zrobił z literaturą coś dość bezczelnego: zabrał jej ozdoby, fabularne podpórki, psychologiczne tapety i zostawił człowieka samego z czasem, językiem oraz niewygodnym pytaniem, po co to wszystko trwa. Nie interesował go teatr, w którym „coś się dzieje” w staroświeckim sensie. Interesowało go raczej to, co zostaje, kiedy wydarzenia przestają nas ratować przed myśleniem. Dlatego jego świat jest tak ascetyczny, a zarazem tak gęsty. Pod tą pozorną suchością nie ma pustki, tylko skondensowane doświadczenie ludzkiej bezradności — i, co ważne, bardzo ciemnego humoru. Beckett nie był kapłanem rozpaczy. Był raczej chirurgiem złudzeń.
Czekanie jako najbardziej ludzka czynność
Kiedy mowa o Becketcie, wszyscy oczywiście biegną do Czekając na Godota — i trudno się dziwić, bo to utwór, który w 1952 roku ukazał się po francusku jako En attendant Godot, a rok później trafił na scenę, stając się przełomem nowoczesnego dramatu. Tyle że siła tej sztuki nie polega na samej dziwności sytuacji. Dwóch ludzi czeka na kogoś, kto nie przychodzi, i z tego prostego szkicu wyrasta cała metafizyka codzienności. Beckett zrozumiał coś bardzo nieprzyjemnego: większa część ludzkiego życia nie składa się z wielkich decyzji, lecz z przeciągających się stanów zawieszenia. Czekamy na sens, na zmianę, na znak, na lepszy moment, na odpowiedź, na usprawiedliwienie. A kiedy nic nie nadchodzi, zaczynamy mówić byle co, byle nie słyszeć ciszy. I właśnie wtedy Beckett robi się boleśnie aktualny.

Minimalizm, który wcale nie jest chłodny
Potem Beckett poszedł jeszcze dalej i konsekwentnie redukował świat swoich utworów. Końcówka, Ostatnia taśma Krappa i Szczęśliwe dni nie oferują czytelnikowi ani widzowi wygodnej narracyjnej kanapy; każą raczej siedzieć na twardym krześle i słuchać, jak człowiek mówi do siebie, do resztek pamięci, do przedmiotów, do własnego końca. Co ciekawe, Beckett nie zamknął się wyłącznie w klasycznym teatrze. Pisał także dla radia, telewizji i kina, traktując każde medium jak laboratorium granicznych możliwości języka, głosu i obrazu. Ten minimalizm bywa mylony z pozą intelektualną, a to zwykłe nieporozumienie. U Becketta redukcja nie jest dekoracją nowoczesności, lecz metodą dotarcia do tego, co w człowieku najbardziej nagie: lęku, śmieszności, przywiązania do rutyny i upartego pragnienia, by jednak ktoś odpowiedział.

Pięć ciekawostek, które pokazują, że Beckett był jeszcze ciekawszy, niż się wydaje
- Był prawdopodobnie jedynym laureatem Nobla w literaturze, który rozegrał mecze krykieta first-class w barwach Dublin University.
- Wbrew powtarzanej legendzie nie był sekretarzem Jamesa Joyce’a; Trinity i Britannica podkreślają, że Joyce’a poznał w paryskim środowisku literackim, ale tej funkcji nie pełnił.
- W czasie II wojny światowej działał we francuskim ruchu oporu, po czym musiał uciekać na południe Francji; później pracował także jako wolontariusz Irish Red Cross w Saint-Lô.
- Napisał jedyny scenariusz filmowy zatytułowany po prostu Film, a na ekranie wystąpił w nim Buster Keaton.
- Pisał po angielsku i po francusku, a własne utwory często tłumaczył sam, co jest rzadkim przypadkiem pełnej dwujęzyczności twórczej na tak wysokim poziomie.



Dlaczego Beckett nadal jest nam potrzebny
Dzisiaj Beckett wraca nie dlatego, że lubimy pesymizm, tylko dlatego, że coraz trudniej uwierzyć w gładkie opowieści o postępie, samorealizacji i psychologicznym porządku świata. On nie dawał pocieszenia w wersji premium. Dawał coś uczciwszego: obraz człowieka okrojonego z dekoracji, ale wciąż uparcie obecnego. Britannica słusznie zauważa, że nie chodziło mu o „mroczność” dla samej mroczności, lecz o sytuacje skrajne, które odsłaniają istotne aspekty ludzkiego doświadczenia. I tu tkwi jego siła. Beckett nie mówi nam, że życie jest bez sensu. On pyta raczej, jakim cudem mimo wszystko nie przestajemy mówić, pamiętać, żartować i czekać. To pytanie nie zestarzało się ani o dzień.
Józef Michałek – Radio Awangarda
