Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Camille Flammarion: człowiek, który zaludnił niebo

Więcej od tego autora

Czas czytania: 4 minuty

Człowiek, który nie chciał zostawić nieba astronomom

Na biurku dziewiętnastowiecznego uczonego powinien leżeć porządny zeszyt, wykres, luneta i najlepiej zakaz nadmiernej wyobraźni. Camille Flammarion, urodzony w 1842 roku francuski astronom i popularyzator nauki, najwyraźniej zgubił ten ostatni element, bo całe życie robił coś podejrzanie pięknego: próbował oddać kosmos zwykłym ludziom. Nie w formie suchej tablicy z odległościami, przy której nawet kometa traci chęć do lotu, ale jako wielką scenę pytań o życie, świadomość, inne światy i nasze skromne ludzkie „czy ktoś tam jeszcze jest?”.

Kosmos jako osiedle wielorodzinne

Flammarion był jednym z tych ludzi, którzy patrzą na gwiazdy i zamiast powiedzieć „ładnie świecą”, natychmiast pytają: „a kto tam mieszka?”. Jego „Wielość światów zamieszkiwanych” ukazała się po francusku w 1862 roku, a polskie wydanie już w 1868 roku, więc nasi pradziadowie też mogli elegancko nie spać po nocach, zastanawiając się, czy Mars ma administrację osiedla. Flammarion nie był dzisiejszym astrobiologiem, nie miał spektrometrów z misji kosmicznych ani danych z teleskopów orbitalnych. Miał za to intuicję, że Ziemia nie musi być samotnym apartamentem w kosmicznym pustostanie. I nawet jeśli wiele jego hipotez dziś brzmi zbyt romantycznie, to sama odwaga pytania była bezcenna. Często nauka zaczyna się właśnie tam, gdzie ktoś zadaje pytanie tak wielkie, że rozsądni ludzie odruchowo szukają krzesła.

Popularyzator, czyli człowiek podejrzany

Największym grzechem Flammariona było to, że pisał tak, aby ludzie chcieli czytać. W świecie uczonych to bywało traktowane niemal jak noszenie kolorowej kamizelki na pogrzebie metodologii. A jednak właśnie dzięki takim postaciom astronomia przestała być zamkniętym salonem dla profesorów i zaczęła trafiać do czytelników, amatorów, obserwatorów nieba i tych wszystkich osób, które najpierw patrzą w górę, a dopiero potem pytają, ile to ma kilometrów. W 1887 roku Flammarion założył Société astronomique de France, której celem było popularyzowanie nauk o Wszechświecie i włączanie amatorów w ich rozwój. W tym sensie był nie tylko astronomem, ale także demokratą nieba. Uparcie twierdził, że gwiazdy nie są własnością akademii, tylko wspólnym majątkiem ludzkiej ciekawości.

Obserwatorium w Juvisy-sur-Orge 

Granica, za którą teleskop robi się nieostry

Ale Flammarion miał też stronę kłopotliwą, a kłopotliwe strony są najciekawsze, bo przypominają, że wielcy ludzie nie są marmurowymi pomnikami, tylko organizmami z krwi, ambicji i kilku przesadzonych przekonań. Interesował się zjawiskami psychicznymi, spirytyzmem, telepatią i życiem po śmierci. Jego „Świat nieznany i istnienie duszy” ma współczesne polskie wydanie, a oryginalnie wyrasta z kręgu jego badań nad zjawiskami psychicznymi. Tu właśnie zaczyna się najciekawszy spór: czy Flammarion był wizjonerem, czy tylko człowiekiem zbyt zakochanym we własnych nadziejach? Odpowiedź, jak to zwykle bywa, nie mieści się w reklamowym haśle. Był jednym i drugim. Patrzył przez teleskop, ale czasem widział więcej, niż teleskop miał obowiązek pokazać.

5 ciekawostek, które warto znać

  • W 1882 roku Flammarion otrzymał posiadłość w Juvisy-sur-Orge od admiratora Louisa-Eugène’a Méreta i przekształcił ją w obserwatorium.
  • Luneta równikowa w obserwatorium została uroczyście zainaugurowana w 1887 roku przez cesarza Brazylii Pedra II.
  • Czasopismo „L’Astronomie” stało się miesięcznikiem związanym z Société astronomique de France i wyrosło z popularyzatorskiej misji Flammariona.
  • Polska „Urania” Flammariona ukazała się w Warszawie już w 1890 roku, co pokazuje, jak wcześnie jego kosmiczna wyobraźnia weszła do polskiego obiegu czytelniczego.
  • Słynny drzeworyt Flammariona, przedstawiający człowieka zaglądającego poza sklepienie nieba, po raz pierwszy pojawił się w jego książce „L’atmosphère: météorologie populaire” z 1888 roku.
Drzeworyt Flammariona

Pożytek z człowieka, który przesadzał

Flammarion nie jest dziś ważny dlatego, że zawsze miał rację. To byłoby zbyt nudne, a przy okazji nieprawdziwe. Jest ważny dlatego, że potrafił nadać nauce temperaturę przygody. Nie oddzielał ciekawości od wyobraźni, choć czasem ta druga wchodziła mu na stół laboratoryjny w butach. Jego życie przypomina, że kultura potrzebuje takich pośredników: ludzi między akademią a publicznością, między teleskopem a metaforą, między precyzją a zdumieniem. Bez nich Wszechświat staje się tylko zimnym magazynem materii. Z nimi pozostaje pytaniem, które świeci po nocy i nie daje człowiekowi spokojnie zmarnować życia.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze