Arthur Conan Doyle – lekarz, który stworzył detektywa mądrzejszego od własnej epoki
Wyobraź sobie, że tworzysz postać tak przekonującą, że zaczyna żyć własnym życiem – nie tylko w wyobraźni czytelników, ale także w twojej własnej biografii. Z czasem to ona przyciąga całą uwagę, a ty, jej autor, stajesz się jedynie dodatkiem do jej legendy. Arthur Conan Doyle znał to doświadczenie aż za dobrze. Urodził się 22 maja 1859 roku w Edynburgu, w rodzinie o irlandzkich korzeniach, a zmarł 7 lipca 1930 roku w Crowborough. Z wykształcenia był lekarzem, z temperamentu awanturnikiem intelektualnym, z ambicji autorem wielkich powieści historycznych, a z wyroku historii – ojcem Sherlocka Holmesa.
I tu od razu zaczyna się najciekawsze, bo Conan Doyle wcale nie chciał być wyłącznie „tym od Holmesa”. To trochę tak, jakby ktoś przez całe życie marzył o operze, a publiczność nieustannie domagała się jednej piosenki z refrenem, który sam autor miał już serdecznie dość. Doyle pisał powieści historyczne, fantastyczne, przygodowe, publicystykę, teksty wojenne i książki spirytystyczne, ale świat zapamiętał przede wszystkim mieszkanie przy Baker Street 221B, doktora Watsona i człowieka, który potrafił z błota na bucie wyczytać więcej niż niejeden urzędnik z całej teczki dokumentów.
Lekarz, który nauczył literaturę patrzeć
Doyle studiował medycynę na Uniwersytecie w Edynburgu w latach 1876-1881. Nie był cudownym dzieckiem akademii, raczej człowiekiem pracowitym, ciekawym i trochę niespokojnym. Pracował jako lekarz okrętowy na statku wielorybniczym płynącym w okolice Arktyki, później pływał także do Afryki Zachodniej, a następnie próbował praktyki lekarskiej. Przez pewien czas zajmował się okulistyką w Londynie, ale pacjentów miał tak niewielu, że – mówiąc bez złośliwości – literatura uratowała go przed bardzo elegancką nudą gabinetu.
Najważniejsze jednak wydarzyło się wcześniej, na uczelni. Jednym z jego nauczycieli był doktor Joseph Bell, chirurg znany z niezwykłej umiejętności obserwacji. Bell potrafił z akcentu, dłoni, ubrania i drobnych gestów pacjenta wyprowadzać wnioski, które wyglądały niemal jak sztuczka sceniczna, choć były po prostu medycyną, logiką i doświadczeniem. Conan Doyle zobaczył w tym coś więcej niż metodę diagnostyczną. Zobaczył gotowy model literacki.
Tak narodził się Sherlock Holmes – nie jako czarodziej dedukcji, lecz jako człowiek nowoczesnej obserwacji. Holmes był dzieckiem epoki nauki, mikroskopu, chemii, toksykologii i rosnącej wiary w to, że świat da się zrozumieć, jeśli tylko przestanie się gadać, a zacznie patrzeć. I to jest piękne, bo Conan Doyle nie stworzył detektywa znikąd. On przeniósł do literatury precyzję gabinetu lekarskiego.

Sherlock, czyli błogosławieństwo z elementami przekleństwa
W 1887 roku ukazało się „Studium w szkarłacie”, pierwsza powieść z Sherlockiem Holmesem i doktorem Watsonem. Potem przyszły kolejne teksty, między innymi „Znak czterech”, „Pies Baskerville’ów” i „Dolina trwogi”, a także dziesiątki opowiadań, które uczyniły z Holmesa jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci literatury światowej. Tyle że Doyle dość szybko poczuł, iż jego własne dzieło zaczyna go pożerać.
W 1893 roku postanowił więc zrobić rzecz radykalną: zrzucił Holmesa w przepaść wodospadu Reichenbach w opowiadaniu „Ostatnia zagadka”. Autor chciał odzyskać wolność i zająć się pisaniem tego, co uważał za poważniejsze. Czytelnicy przyjęli to z entuzjazmem typowym dla ludzi, którym zabrano ukochaną zabawkę, czyli – krótko mówiąc – byli wściekli. Nacisk był tak duży, że Doyle po latach sprowadził detektywa z powrotem, najpierw w „Psie Baskerville’ów”, a potem w opowiadaniu „Pusty dom”.
Jest w tym pewien paradoks. Conan Doyle stworzył bohatera genialnego, chłodnego i racjonalnego, a potem całe życie próbował przekonać świat, że sam autor jest kimś więcej niż dostawcą nowych zagadek dla tego nieprzyzwoicie popularnego lokatora z Baker Street.



Człowiek spraw publicznych i błędnych intuicji
Conan Doyle nie był pisarzem zamkniętym w bibliotece. Angażował się w sprawy publiczne, pisał o wojnie burskiej, za co w 1902 roku otrzymał tytuł szlachecki, interesował się reformami, medycyną wojskową i niesprawiedliwością sądową. Szczególnie ważne były sprawy George’a Edaljiego i Oscara Slatera, w których Doyle używał swojej energii, rozgłosu i zmysłu analitycznego, by walczyć o ludzi niesłusznie skazanych. Brzmi jak ironia losu, ale autor Sherlocka Holmesa naprawdę próbował czasem być Sherlockiem Holmesem w życiu publicznym.
A jednak ten sam człowiek, który dał kulturze symbol chłodnego rozumu, pod koniec życia stał się gorącym orędownikiem spirytyzmu. Wierzył w możliwość kontaktu ze zmarłymi, jeździł z wykładami, pisał książki, bronił zjawisk paranormalnych. Najsłynniejszym przykładem tej łatwowierności były fotografie wróżek z Cottingley, które Doyle potraktował jako poważny dowód istnienia nadnaturalnych istot, choć później okazały się mistyfikacją.
I tu nie warto z niego wyłącznie kpić, choć pokusa jest spora. Lepiej zobaczyć człowieka z krwi i kości: racjonalnego lekarza, pisarza logicznych zagadek, ale też człowieka poranionego stratami wojny, szukającego pocieszenia tam, gdzie rozum nie dawał już ukojenia. Conan Doyle przypomina, że nawet bardzo inteligentni ludzie potrafią wierzyć w rzeczy wątpliwe, jeśli dotykają one ich bólu, nadziei albo tęsknoty za sensem.

Dlaczego warto o nim pamiętać?
Bo Arthur Conan Doyle to nie tylko „autor Sherlocka Holmesa”. To człowiek, który pokazał, że literatura popularna może być precyzyjna, inteligentna i trwała. Stworzył duet Holmes-Watson, czyli jedną z najważniejszych par w historii kultury: rozum i empatię, analizę i opowieść, chłód faktów i ludzkie współczucie.
Warto o nim pamiętać także dlatego, że jego biografia nie układa się w prosty pomnik. Jest w niej nauka, medycyna, morze, wojna, sława, irytacja własnym sukcesem, walka o sprawiedliwość i zdumiewająca wiara w duchy. Człowiek pełen sprzeczności? Owszem. Ale właśnie dlatego tak ciekawy. Bo gdyby Conan Doyle był wyłącznie racjonalny, prawdopodobnie stworzyłby dobry podręcznik obserwacji. Na szczęście był bardziej skomplikowany – i dlatego stworzył Sherlocka Holmesa.

Ciekawostki
- Sherlock Holmes pojawił się po raz pierwszy w 1887 roku w powieści „Studium w szkarłacie”.
- Inspiracją dla Holmesa był doktor Joseph Bell, wykładowca Doyle’a z Uniwersytetu w Edynburgu, znany z niezwykłej umiejętności obserwacji i wnioskowania.
- Conan Doyle próbował „uśmiercić” Holmesa w opowiadaniu „Ostatnia zagadka”, ale presja czytelników sprawiła, że detektyw wrócił.
- Doyle był lekarzem, pracował jako lekarz okrętowy, a później próbował praktyki okulistycznej w Londynie.
- Autor Sherlocka Holmesa angażował się w realne sprawy sądowe, między innymi George’a Edaljiego i Oscara Slatera.
- W późniejszych latach Conan Doyle stał się jednym z najbardziej znanych propagatorów spirytyzmu.
- Poparł autentyczność fotografii wróżek z Cottingley, które później uznano za mistyfikację.
- Tytuł szlachecki otrzymał w 1902 roku, po okresie zaangażowania w sprawy związane z wojną burską.
- Oprócz cyklu o Holmesie pisał także fantastykę i powieści przygodowe, między innymi „Zaginiony świat”.
- Słynne zdanie „Elementary, my dear Watson” w tej dokładnej formie nie pochodzi bezpośrednio z kanonicznych opowiadań Doyle’a, choć kultura popularna przykleiła je do Holmesa na dobre.
Józef Michałek – Radio Awangarda
