Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Czarodziej z mieszczańskiego sanatorium

Więcej od tego autora

Czas czytania: 3 minuty

Frak, choroba i bardzo grzeczna katastrofa

Na pierwszy rzut oka Thomas Mann wygląda jak człowiek, który nawet do apokalipsy założyłby dobrze skrojony garnitur, sprawdził godzinę i odnotował wszystko w dzienniku. Urodzony w Lubece w 1875 roku, syn kupieckiej rodziny, miał właściwie odziedziczyć świat porządku, rachunków i solidnej mieszczańskiej powagi. Zamiast tego zaczął ten świat rozbierać na części, jak zegarmistrz, który udaje, że naprawia mechanizm, a naprawdę z niepokojącą przyjemnością pokazuje nam, ile w środku kurzu, lęku i eleganckiej próchnicy. Nobel przyszedł w 1929 roku, głównie za „Buddenbrooków”, powieść o upadku rodziny, czyli temat tak stary jak rodzina i tak aktualny jak każde zebranie spadkowe.

Mieszczaństwo jako laboratorium rozpadu

Mann miał niezwykły talent do pokazywania, że katastrofa rzadko wchodzi drzwiami z hukiem. Częściej siada w salonie, pije herbatę, poprawia mankiet i mówi: „Nie przeszkadzajcie sobie, ja tylko powoli wszystko rozłożę”. W „Buddenbrookach” rodzina nie ginie dlatego, że brakuje jej pieniędzy albo manier. Ginie, bo zabrakło jej wewnętrznego tlenu. To jedna z tych książek, po których człowiek zaczyna podejrzliwie patrzeć na porcelanę, genealogie i rodzinne zdjęcia w złoconych ramkach. Mann nie był rewolucjonistą z transparentem. Był bardziej niebezpieczny: rozumiał, że tradycja nie musi być obalona. Czasem wystarczy ją bardzo dokładnie opisać.

Sanatorium dla Europy, czyli „Czarodziejska góra”

W „Czarodziejskiej górze” Europa trafia do sanatorium, choć oczywiście udaje, że to tylko chwilowa niedyspozycja. Hans Castorp przyjeżdża na krótko, zostaje na długo, a czytelnik powoli orientuje się, że choroba nie jest tu przypadłością płuc, lecz całej cywilizacji. Dyskusje filozoficzne, erotyczne napięcia, medyczne rytuały i czas rozciągnięty jak dobrze ugotowany makaron – wszystko to składa się na powieść, w której kontynent przed katastrofą ćwiczy jeszcze maniery. W polskim obiegu Mann to przede wszystkim autor „Buddenbrooków”, „Śmierci w Wenecji”, „Czarodziejskiej góry”, „Józefa i jego braci”, „Doktora Faustusa” oraz „Wyznań hochsztaplera Feliksa Krulla”. I właściwie już te tytuły wystarczą, by uznać, że miał wyjątkową słabość do ludzi, którzy pięknie myślą, kiedy świat pod nimi pęka.

Emigrant, który mówił do Niemców z oddali

Kiedy naziści doszli do władzy, Mann nie został w Niemczech jako dostojny ornament narodowej kultury. Wyjechał do Szwajcarii w 1933 roku, w 1936 roku został formalnie pozbawiony niemieckiego obywatelstwa, a w 1944 roku został obywatelem USA. To ważne, bo Mann przeszedł drogę od konserwatywnego estety do jednego z najważniejszych głosów antyfaszystowskiego sumienia niemieckiej kultury. W latach 1940-1945 zwracał się do Niemców w audycjach radiowych „Deutsche Hörer!”, czyli „Niemieccy słuchacze!”, próbując przebić się przez mur propagandy głosem, który nie krzyczał, lecz ważył każde zdanie jak chirurg skalpel. Barbarzyńcy zwykle nie lubią precyzyjnych zdań. Za bardzo przypominają dowody.

5 ciekawostek, które robią Mannowi małą rysę na marmurze

  • Mann ożenił się w 1905 roku z Katią Pringsheim; mieli sześcioro dzieci, a troje z nich zostało pisarzami. Rodzina Mannów była więc czymś pomiędzy salonem literackim, polem minowym i wielopokoleniową fabryką neuroz.
  • Nagroda Nobla z 1929 roku została przyznana przede wszystkim za „Buddenbrooków”, choć dziś wielu czytelników instynktownie kojarzy Manna bardziej z „Czarodziejską górą”. Nobel też czasem zachowuje się jak surowy wujek: docenia rodzinne kroniki, zanim zachwyci się metafizyką w sanatorium.
  • W 1937 roku Uniwersytet w Bonn odebrał Mannowi doktorat honorowy; po wojnie, w 1946 roku, godność została mu przywrócona. Historia uwielbia takie sceny: najpierw wyrzuca człowieka za drzwi, potem po cichu pyta, czy może jednak wróci.
  • W kalifornijskim Pacific Palisades dom Manna stał się ważnym miejscem życia niemieckiej emigracji intelektualnej; w 2016 roku został kupiony przez Republikę Federalną Niemiec, by służyć jako przestrzeń debat transatlantyckich.
  • Słynne biurko Manna, które towarzyszyło mu na emigracji, jest dziś jednym z centralnych elementów ekspozycji Archiwum Thomasa Manna przy ETH w Zurychu. Biurko, jak widać, też może mieć biografię – i czasem ciekawszą niż niejeden minister.

Dlaczego Mann nadal trochę nas zawstydza

Thomas Mann jest niewygodny, bo nie pozwala nam wierzyć, że kultura automatycznie chroni przed barbarzyństwem. Przeciwnie: pokazuje, że barbarzyństwo potrafi nosić dobrze wyprasowaną koszulę, znać Wagnera, cytować klasyków i nadal maszerować w stronę przepaści. Dlatego Mann nie jest tylko pisarzem od grubych książek, których rozmiar odstrasza ludzi przyzwyczajonych do streszczeń długości paragonu. Jest pisarzem od pytania, czy inteligencja bez odwagi moralnej nie staje się tylko bardzo elegancką formą tchórzostwa. A to pytanie, niestety, nie przeterminowało się ani trochę.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze