Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Demokracja i stado dobrze odżywionych samotników

Więcej od tego autora

Czas czytania: 4 minuty

Nieufność człowieka, który nie dał się uwieść epoce

Najbardziej podejrzani bywają ci, którzy rozumieją swój własny świat lepiej niż jego przeciwnicy. Alexis de Tocqueville był właśnie takim przypadkiem: francuskim arystokratą, urodzonym w 1805 roku, a więc człowiekiem ze starego porządku, który z zadziwiającą trzeźwością pojął, że demokracja nie jest chwilową modą historii, tylko wielką falą, pod którą prędzej czy później znajdzie się cała Europa. Nie pisał jak fanatyk ludu ani jak salonowy obrońca herbów. Pisał jak ktoś, kto widzi, że dawne rusztowanie świata pęka, ale nie zamierza udawać, że nowe ściany są z marmuru. Jego wielkość nie polegała na tym, że kochał demokrację bezwarunkowo. Polegała raczej na czymś znacznie rzadszym: potrafił ją jednocześnie uznać za nieuchronną i bać się jej skutków. Taka postawa nie daje łatwej popularności, ale daje coś lepszego — intelektualną gęstość. A z tej gęstości wyrosło „O demokracji w Ameryce”, dzieło, które do dziś brzmi bardziej jak ostrzeżenie niż hymn.

Ameryka jako laboratorium nowoczesności

Tocqueville pojechał do Stanów Zjednoczonych oficjalnie po to, by wraz z Gustave’em de Beaumontem badać system więziennictwa. Niby sprawa administracyjna, papier, raport, urzędnicza wycieczka z ambicjami. A jednak z tej podróży, trwającej około dziewięciu miesięcy, powstała jedna z najostrzejszych diagnoz nowoczesnego społeczeństwa. W Ameryce zobaczył nie tylko instytucje, lecz także obyczaje: lokalne samorządy, energię stowarzyszeń, religię współistniejącą z wolnością, a zarazem niebezpieczną siłę opinii większości. I tu zaczyna się prawdziwy Tocqueville — nie ten od szkolnych streszczeń, lecz ten, który rozumiał, że tyrania nie zawsze wchodzi do pokoju w wojskowych butach. Czasem przychodzi w garniturze obywatelskiej zgody i mówi miłym tonem, że wszyscy rozsądni ludzie myślą przecież podobnie. Tocqueville dostrzegł, że większość może być równie dusząca jak despota, tylko pachnie lepiej i częściej powołuje się na dobro wspólne. To była myśl niewygodna wtedy i, niestety, dość bezczelnie aktualna dziś.

Miękki despotyzm, czyli kaganiec z aksamitu

W tym właśnie miejscu Tocqueville staje się niepokojąco współczesny. Nie przerażał go przede wszystkim terror w stylu klasycznych tyranii, lecz coś znacznie subtelniejszego: łagodna, opiekuńcza, regulacyjna władza, która nie każe człowiekowi klękać, tylko oducza go samodzielnego stania. W „O demokracji w Ameryce” i później w „Dawnym ustroju i rewolucji” pokazywał, że nowoczesne społeczeństwa mają osobliwy talent do łączenia równości z centralizacją, a wolności z wygodnym posłuszeństwem. Człowiek demokratyczny, twierdził w istocie, łatwo zamienia się w jednostkę odizolowaną, zajętą sobą, zmęczoną wspólnotą i wdzięczną każdej władzy, która zdejmie mu z barków ciężar obywatelskiego wysiłku. Brzmi brutalnie? Owszem. Ale właśnie dlatego warto go czytać. Tocqueville nie był wrogiem równości, tylko krytykiem tej infantylizacji obywatela, która każe mu mylić komfort z wolnością. I dlatego jego pisarstwo nie jest muzealnym eksponatem, lecz instrukcją obsługi demokracji dla ludzi, którzy podejrzewają, że państwo opiekuńcze i społeczna konformizacja potrafią być bardzo czułe — aż do uduszenia.

Pięć ciekawostek, które dobrze o nim mówią

  • W 1841 roku Tocqueville został wybrany do Akademii Francuskiej, co było wyraźnym znakiem, że z autora politycznych analiz stał się figurą pierwszej ligi francuskiego życia intelektualnego.
  • Od czerwca do października 1849 roku pełnił funkcję ministra spraw zagranicznych Francji — krótko, ale jednak nie był tylko gabinetowym mędrcem od cudzych ustrojów.
  • Jego słynna podróż do USA miała pierwotnie charakter niemal techniczny: chodziło o badanie amerykańskich więzień, a nie o filozoficzne polowanie na istotę demokracji. Historia bywa złośliwa i czasem największe książki rodzą się przy okazji urzędowej delegacji.
  • Jest pochowany w Tocqueville w Normandii, a rodzinny zamek związany z jego nazwiskiem nadal istnieje i pozostaje ważnym miejscem pamięci.
  • Po polsku dostępnych jest wiele jego książek, w tym trzy ważne książki: „O demokracji w Ameryce”, „Dawny ustrój i rewolucja” oraz „Wspomnienia”. I bardzo dobrze, bo to autor, którego nie warto znać z memów o „tyranii większości”.
  • Link do książek: https://lubimyczytac.pl/autor/1804/alexis-de-tocqueville
Château de Tocqueville 

Dlaczego Tocqueville nadal uwiera

Najciekawsze u Tocqueville’a jest chyba to, że nie daje się łatwo przejąć żadnej współczesnej plemiennej stronie. Za mało w nim religii postępu dla jednych, za mało nostalgii za hierarchią dla drugich. I właśnie dlatego działa. Gdy czyta się go dzisiaj, ma się chwilami wrażenie, że opisywał nie XIX wiek, lecz epokę platform, rankingów, społecznego naśladownictwa i polityki prowadzonej przez sondażowy lęk. Oczywiście nie znał internetu, algorytmów ani psychologii uwagi, ale doskonale rozumiał mechanizm, w którym człowiek formalnie wolny zaczyna myśleć, czuć i bać się stadnie. Jego lekcja jest więc mało pocieszająca, ale bardzo potrzebna: demokracja nie psuje się głównie wtedy, gdy napada ją barbarzyńca. Częściej psuje się wtedy, gdy obywatele przestają ćwiczyć charakter, a wolność uznają za usługę, którą ktoś ma im wygodnie dostarczyć. I oto cały dramat nowoczesności, podany bez patosu, za to z chirurgiczną precyzją.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze