Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Dlaczego czasem trzeba się rozpaść, żeby wrócić do siebie?

Więcej od tego autora

Czas czytania: 5 minuty
Kadr z filmu

Wyobraź sobie, że jesteś znanym profesorem. Sława, prestiż, kupa tytułów, sztywny garnitur emocjonalny i kawa pita w samotności z miną człowieka, który wie wszystko o świecie, ale niewiele o sobie. Isak Borg, bohater „Tam, gdzie rosną poziomki” Ingmara Bergmana, właśnie tak wygląda. Z zewnątrz: sukces. W środku: echo i kurz. I kiedy myślisz, że ten człowiek już dawno temu emocjonalnie się wylogował, przychodzi sen. Taki, po którym nie wstajesz, tylko przez chwilę siedzisz w łóżku i zastanawiasz się, czy jeszcze jesteś sobą. Miasto bez życia, człowiek bez oczu, trumna z jego własnym ciałem. Nie, to nie metafora dla poetyckiej młodzieży zafascynowanej egzystencjalizmem – to brutalne lustro, w którym w końcu musi się przejrzeć. I choć z pozoru nic się nie dzieje – przecież to tylko sen – coś pęka. Coś zaczyna pracować. Bo może ten dystyngowany pan, który całe życie skrzętnie omijał emocje, właśnie dostał pierwsze poważne zaproszenie do… siebie.

Wyrusza więc w podróż – niby na własny jubileusz naukowy, ale wszyscy wiemy, że to tylko pretekst. Towarzyszy mu Marianne, jego synowa, która nie zamierza być grzeczną pasażerką. To ona mówi mu rzeczy, które bolą bardziej niż operacja bez znieczulenia – że jest chłodny, nie do zniesienia, że chowa się za uprzejmością jak za pancerną szybą i nie potrafi być naprawdę blisko. Ale zamiast się obrazić – bo przecież mógłby, ma w końcu tyle tytułów, że mógłby nimi zbudować schody do własnego ego – zaczyna słuchać. Może dlatego, że już nie ma siły udawać. A może dlatego, że po tym śnie wszystko wydaje się inne, jakby jakaś zasłona właśnie opadła i wreszcie widać, jak bardzo wszystko się w nim posypało.

Kadr z filmu

Po drodze zatrzymują się przy jego dawnym domu, tym z poziomkami. Takimi prawdziwymi, nie symbolicznymi. I nagle pojawiają się obrazy z dzieciństwa – śmiech, flirt, lato, które pachnie wolnością i jeszcze nie jest skażone cynizmem. Ale to nie sentymentalna podróż po „kiedyś to było…”, tylko cichy krzyk: „Gdzie to wszystko się podziało?”. Człowiek, który teraz siedzi w samochodzie, nie ma już w sobie tamtego chłopaka. Albo może ma, tylko głęboko zakopanego pod warstwami wiedzy, prestiżu i samotnych śniadań. I to właśnie w tej chwili – kiedy nie dzieje się nic spektakularnego – zaczyna się dziać coś prawdziwego.

Kadr z filmu

Do ich podróży dołącza trójka młodych autostopowiczów. Są hałaśliwi, śmieszni, a może trochę bezczelni, ale nie można im odmówić jednego – mają w sobie życie. Takie prawdziwe, nieprzetworzone. I choć profesor tylko na nich patrzy, to widać, jak coś się w nim rusza. Bo przypominają mu o czymś, co dawno temu utracił, nawet nie zauważając kiedy. Może właśnie wtedy, gdy postanowił, że w relacjach i tak nikt nie słucha, tylko czeka na swoją kolej, żeby mówić. A może w chwili, gdy sukces zaczął zastępować bliskość. Tak czy inaczej, te dzieciaki – mimo że nic wielkiego nie robią – stają się katalizatorem. Przypominają mu, że kiedyś też był żywy, a nie tylko żyjący.

Kadr z filmu

W kolejnym śnie zdaje egzamin – a raczej oblewa go z hukiem. Diagnozuje żywą kobietę jako martwą, a ona – z ironicznym uśmiechem – pokazuje mu, że cały jego autorytet to tylko dobrze skrojony kostium. W prawdziwym życiu nie chodzi o wiedzę, ale o uważność, o emocje, o odwagę bycia niedoskonałym. A to są rzeczy, których nie uczą na uczelniach. Tu nie wystarczy przeczytać kilku mądrych książek – tu trzeba zajrzeć w siebie i nie uciec z krzykiem. To jak egzamin z człowieczeństwa, który pokazuje, że teoria to jedno, a życie – no cóż – zupełnie inna historia.

Kadr z filmu

Rozmowa z Marianne o jej ciąży i konflikcie z Evaldem – synem profesora – jest kolejnym momentem, kiedy rzeczywistość wali w twarz. Evald nie chce dziecka, bo uważa, że życie nie ma sensu. Brzmi znajomo? A jakże. Isak zaczyna rozumieć, że jego syn powtarza te same wzorce, które sam odtwarzał przez lata. To nie jest przypadek. To schemat. Dziedziczony lęk, przekazywany z pokolenia na pokolenie jak rodzinne srebra – tyle że nikt tego nie chce. I nagle to już nie jest tylko opowieść o jednym zgorzkniałym staruszku, ale o nas wszystkich – o tym, jak bardzo nieświadomie kopiujemy to, czego sami najbardziej się baliśmy.

Kadr z filmu

I wreszcie – ceremonia. Niby podniosła, niby zaszczytna, a jednak w tej katedrze dzieje się coś znacznie ważniejszego niż nadanie tytułu. Isak nie jest już tym samym człowiekiem, który rano wyruszył w drogę. I choć nikt na zewnątrz tego nie zauważa, w środku wydarzyła się rewolucja. Zrozumiał, że nie o tytuły tu chodzi, ale o to, czy na końcu dnia jesteś w stanie spojrzeć sobie w oczy bez poczucia, że zmarnowałeś życie. I choć może nie ma już siły, żeby wszystko naprawić, to przynajmniej wie, że jeszcze nie jest za późno, żeby spróbować.

Kadr z filmu

Ostatni sen – ten, w którym wraca do dzieciństwa – nie jest ucieczką. To raczej symboliczne pożegnanie z przeszłością, która go trzymała w miejscu. Bo nie da się zacząć od nowa, jeśli nie wiesz, skąd przyszedłeś. I choć Isak nie staje się kimś zupełnie innym, to przynajmniej przestaje być kimś, kto udaje, że wszystko gra. Wraca do siebie – nie tego profesorskiego, z przypisami i wykładami, ale tego sprzed komplikacji. I to jest największe zwycięstwo, jakie można odnieść. Nawet jeśli nie da się już wszystkiego odzyskać, to można zacząć żyć dalej. Tylko trochę mądrzej.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze