Donald Sutherland – aktor, który grał wszystko, ale nigdy byle jak
Nie każdemu aktorowi udaje się przekroczyć granicę pokoleń. Ale Donald Sutherland, urodzony w 1935 roku w kanadyjskim Saint John, zrobił to z taką gracją, jakby całe życie balansował między dramatem, ironią i niedopowiedzianym uśmiechem. Nie był hollywoodzkim bożyszczem z okładek, ale miał coś o wiele cenniejszego: niepodrabialną obecność ekranową. W jego oczach zawsze czaiła się tajemnica – czy grał lekarza, przerażającego dyktatora, czy mentora w dystopijnym świecie.
Droga przez wszystkie gatunki
Zaczynał w teatrze radiowym, miał wykształcenie inżynierskie (!), ale coś mu w tej inżynierii nie pasowało – może to, że nie można było tam wygłaszać emocjonalnych monologów ani umrzeć z dramatycznym spojrzeniem. Więc Donald – jak na człowieka o niezwykłym głosie i twarzy stworzonej do ról pełnych niepokoju – przerzucił się na aktorstwo.
I zaczęło się. „Parszywa dwunastka” (1967) dała mu przepustkę do poważnych ról. Potem przyszedł kultowy „MASH” – antywojenna czarna komedia, w której wcielił się w chirurga bardziej znerwicowanego niż jego pacjenci. W latach 70. nie schodził z ekranów – pojawił się m.in. w „Kluczu do koszmaru”, „Doniu, nie żyjesz” i „Zwyczajnych ludziach” Roberta Redforda. W każdym z tych filmów nie grał – on był swoją postacią.
A potem? Przyszły nowe dekady, a Sutherland był jak dobre wino – tylko z każdą rolą robił się bardziej wyrazisty. Od „Obywatela X”, przez „Czas patriotów”, po „Igrzyska śmierci”, gdzie jako prezydent Snow wyglądał, jakby mógł zniszczyć cywilizację jednym spokojnym westchnieniem.

Ciekawostki o Donaldzie Sutherlandzie
- Ojciec Kiefera Sutherlanda – tak, ten od „24 godzin”. Rodzinne dziedzictwo ekranowej intensywności.
- Nigdy nie był nominowany do Oscara za konkretną rolę, co jest największym dowodem na to, że Oscary czasem mają problem ze wzrokiem.
- W 2017 otrzymał honorowego Oscara, bo Hollywood w końcu uznało, że zapomniało go docenić przez… 50 lat.
- Współpracował z największymi – Fellinim, Altmanem, Oliverem Stone’em, Bertoluccim – i w każdej epoce miał coś ważnego do zagrania.
- Uważał, że najlepszy aktor to ten, który nie mówi, tylko „jest”. Trudno się z nim nie zgodzić, oglądając choćby jego milczące sceny w „Inwazji łowców ciał”.
