Robert K. Merton – człowiek, który wyjaśnił, dlaczego plotka czasem staje się rzeczywistością
4 lipca 1910 roku w Filadelfii urodził się Meyer Robert Schkolnick, czyli człowiek, który później wszedł do historii jako Robert K. Merton. I już tu mamy pierwszy piękny szczegół, bo zanim został jednym z najważniejszych socjologów XX wieku, miał w sobie coś z chłopaka zakochanego w sztuczkach magicznych. Jako nastolatek zmienił nazwisko, inspirowany światem iluzjonistów, Houdiniego i Merlina, a potem – jak to bywa w dobrych biografiach – zamiast wyciągać króliki z kapelusza, zaczął wyciągać z codzienności mechanizmy społeczne, których inni nawet nie zauważali.
Był synem żydowskich imigrantów z Europy Wschodniej, dorastał w niezamożnej rodzinie, lecz miał coś, czego nie da się łatwo kupić: głód wiedzy i talent do widzenia ukrytego porządku w ludzkim zamieszaniu. Studiował na Temple University, potem na Harvardzie, a największą część kariery związał z Columbia University. I tam właśnie robił to, co najlepsza socjologia robić powinna – zdejmował z życia społecznego warstwę pozornej oczywistości.
Socjolog od rzeczy, które znamy, choć nie zawsze wiemy, że od niego
Merton nie był uczonym od jednego pojęcia, które potem nosi się po konferencjach jak order w butonierce. On zostawił po sobie cały zestaw narzędzi do rozumienia świata: samospełniającą się przepowiednię, niezamierzone konsekwencje działania, grupę odniesienia, wzór roli, teorie średniego zasięgu, a także słynny efekt Mateusza w nauce. Brzmi jak spis terminów do egzaminu, ale spokojnie – to są rzeczy z życia, nie z muzeum akademickich gablot.
Samospełniająca się przepowiednia? To sytuacja, w której fałszywe przekonanie wywołuje takie zachowania, że w końcu zaczyna wyglądać na prawdziwe. Ktoś uzna bank za niewypłacalny, ludzie ruszą po pieniądze, bank faktycznie pada – i proszę bardzo, plotka zagrała główną rolę w spektaklu rzeczywistości. Merton pokazał, że społeczeństwo nie jest tylko sumą faktów, lecz także sumą oczekiwań, lęków, etykiet i zbiorowych wyobrażeń. A te, jak wiemy, potrafią mieć ciężar kowadła.

Efekt Mateusza, czyli kto ma dużo, temu łatwiej dostać jeszcze więcej
Jednym z najbardziej błyskotliwych pojęć Mertona był efekt Mateusza w nauce. Nazwa pochodzi od ewangelicznej zasady, że temu, kto ma, będzie dodane. W wersji akademickiej oznacza to, że znani uczeni łatwiej zdobywają uznanie, cytowania i prestiż, nawet wtedy, gdy podobnie dobrą pracę wykonuje ktoś mniej rozpoznawalny. Niby wszyscy wiemy, że „nazwisko robi robotę”, ale Merton nadał temu precyzyjny opis i pokazał, że nauka – ta świątynia rozumu, jak chętnie o sobie myśli – też ma swoje społeczne skróty, hierarchie i małe niesprawiedliwości.

I tu zaczyna się najciekawsze: Merton nie kpił z nauki. Przeciwnie, był jednym z twórców socjologii nauki, czyli refleksji nad tym, jak działa środowisko uczonych, jak rozdaje prestiż, jak ustala pierwszeństwo odkryć i jak buduje autorytet. Nie burzył laboratorium łomem podejrzeń. Raczej zapalał światło w kątach, gdzie zwykle nikt nie zaglądał, bo wszyscy byli zajęci podziwianiem wielkich nazwisk na drzwiach.

Teorie średniego zasięgu, czyli zdrowy rozsądek w smokingu
Merton miał też elegancką niechęć do teorii, które chcą wyjaśnić wszystko naraz, a potem potykają się o pierwszy konkretny przypadek. Dlatego proponował teorie średniego zasięgu – nie kosmiczne systemy od narodzin cywilizacji po śniadanie w poniedziałek, lecz dobrze zbudowane narzędzia do badania określonych zjawisk. Trochę mniej metafizyki, trochę więcej roboty. I bardzo dobrze, bo w naukach społecznych wielkie słowa czasem zachowują się jak puchowe kurtki: robią objętość, ale nie zawsze dają treść.
Jego najważniejsza książka, „Teoria socjologiczna i struktura społeczna”, była właśnie takim warsztatem myślenia. Merton pisał o dewiacji, biurokracji, strukturze społecznej, nauce, prestiżu i zachowaniach ludzi w instytucjach. Interesowało go nie tylko to, co instytucje deklarują, lecz także to, co robią naprawdę – czyli różnica między funkcją jawną a ukrytą. Szkoła ma uczyć, ale przy okazji segreguje, dyscyplinuje i uczy poruszania się w hierarchii. Biurokracja ma porządkować, ale czasem produkuje ludzi bardziej wiernych procedurze niż sensowi. Brzmi znajomo? No właśnie. Merton nie pisał o egzotycznym plemieniu urzędników z planety Formularz. Pisał o nas.


Dlaczego warto o nim pamiętać?
Bo Robert K. Merton nauczył nas, że społeczeństwo działa nie tylko przez prawa, instytucje i deklaracje, ale także przez oczekiwania, prestiż, lęki, przypadki i niezamierzone skutki naszych działań. Pokazał, że czasem próbujemy rozwiązać problem, a przy okazji tworzymy następny; że czasem wierzymy w etykietę tak mocno, aż człowiek zaczyna się do niej dopasowywać; że czasem nauka, choć szlachetna, też bywa sceną walki o uznanie.
Merton był socjologiem bez histerii i bez kaznodziejstwa. Nie walił pięścią w stół, tylko spokojnie rozbrajał mechanizmy świata, jak ktoś, kto wie, że prawdziwa magia nie polega na znikaniu monet, lecz na pokazaniu, jak bardzo rzeczywistość społeczna zależy od tego, w co ludzie uwierzą.
Ciekawostki
• Robert K. Merton urodził się jako Meyer Robert Schkolnick, a nazwisko „Merton” było związane z jego młodzieńczą fascynacją magią i sceniczną tożsamością.
• Studiował na Temple University i Harvardzie, a przez dziesięciolecia był związany z Columbia University.
• W 1994 roku otrzymał National Medal of Science – jako pierwszy socjolog wyróżniony tym amerykańskim odznaczeniem.
• Jego syn, Robert C. Merton, otrzymał w 1997 roku Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii.
• Merton współtworzył metodę badawczą, z której wyrosły późniejsze grupa fokusowa, dziś uwielbiane przez marketingowców, polityków i wszystkich tych, którzy chcą wiedzieć, co ludzie mówią, zanim jeszcze zaczną głosować portfelem.
Józef Michałek – Radio Awangarda
