Człowiek z latarką, nie z pomnikiem
Jerzy Ficowski nie nadawał się specjalnie na wygodny pomnik. Pomniki lubią stać w jednym miejscu, najlepiej z gołębiem na ramieniu i miną człowieka, który wie, że historia już go rozliczyła pozytywnie. Ficowski robił coś znacznie bardziej kłopotliwego: chodził po obrzeżach kultury z latarką i sprawdzał, kto został wypchnięty poza światło. Był poetą, pisarzem, publicystą i tłumaczem; wędrował z romskimi taborami, a Papusza nazywała go „braciszkiem” — co brzmi ciepło, ale kryje w sobie cały dramat relacji między zachwytem, pomocą i nieuchronną przemocą opisu.
Papusza, czyli ocalenie z haczykiem
Najbardziej znana część jego biografii zaczyna się jak piękna legenda: młody literat spotyka Bronisławę Wajs, Papuszę, rozpoznaje w niej poetkę, namawia do zapisywania pieśni, tłumaczy je i wprowadza do polskiej literatury. No i oczywiście — jak to zwykle bywa, gdy większość „odkrywa” głos mniejszości — pod stołem leży kłopot wielkości kredensu. Dzięki Ficowskiemu Papusza stała się widzialna, ale ta widzialność miała cenę: jej twórczość, język i biografia zaczęły funkcjonować w świecie cudzych oczekiwań, przekładów i interpretacji. RomArchive przypomina, że literackie tłumaczenia Ficowskiego stały się podstawą publicznego odbioru poezji Papuszy — a to już nie jest tylko zasługa, to także odpowiedzialność.

Schulz, czyli śledztwo w sprawie zaginionego świata
Ficowski miał też drugi wielki talent: umiał zachowywać się jak detektyw w bibliotece po pożarze. W przypadku Brunona Schulza nie wystarczyło czytać — trzeba było szukać listów, świadków, tropów, szczątków pamięci, okruchów Drohobycza. Z tego wieloletniego śledztwa powstały m.in. „Regiony wielkiej herezji” oraz „Okolice sklepów cynamonowych”, dziś uznawane za jedne z najważniejszych źródeł wiedzy o Schulzu. Ficowski nie tyle pisał o Schulzu, ile próbował złożyć z popiołu archiwum człowieka, którego XX wiek potraktował wyjątkowo nieuprzejmie — co jest eleganckim eufemizmem na barbarzyństwo historii.
Poezja bez miękkiego fotela
Jest u Ficowskiego jeszcze coś, co nie daje się zamknąć ani w „cyganologii”, ani w „schulzologii”, ani w szkolnym pudełku z etykietą „poeta”. To pamięć Zagłady. Tom „Odczytanie popiołów” powstawał przez ponad dwadzieścia lat; pierwsze próby świadectwa Ficowski podejmował już podczas wojny, reagując na mord i płonące getto warszawskie. A potem przyszła PRL-owska cenzura, która najwyraźniej nie przepadała za ludźmi z kręgosłupem. Po podpisaniu Memoriału 59 i zaangażowaniu w KOR Ficowski został objęty zapisem cenzuralnym, a później zakazem druku, który trwał do 1980 roku. Jak widać, władza również czytała literaturę — tylko z odwrotnym skutkiem wychowawczym.

Pięć faktów, które dopowiadają Ficowskiego
- W czasie okupacji Ficowski działał w Armii Krajowej, używał pseudonimu „Wrak”, był więziony na Pawiaku, a potem walczył w powstaniu warszawskim na Mokotowie.
- Jego książkowym debiutem poetyckim był tom „Ołowiani żołnierze” z 1948 roku.
- Ficowski napisał tekst popularnej piosenki „Jadą wozy kolorowe” — drobiazg? Niekoniecznie. Czasem kultura masowa przemyca pamięć skuteczniej niż uczony przypis.
- W 2015 roku do Narodowego Archiwum Cyfrowego trafiła spuścizna Ficowskiego obejmująca około 2,5 tysiąca jednostek archiwalnych, w tym fotografie Papuszy, materiały schulzowskie, judaika i nagrania radiowe.
- W 1948 roku został zatrzymany przez UBP i namawiany do współpracy — czyli państwo, jak to państwo, postanowiło sprawdzić, czy poeta nie nadawałby się przypadkiem na donosiciela. Na szczęście literatura ma czasem lepszy charakter niż administracja.
Po stronie tych, którzy mówią szeptem
Ficowski jest ważny nie dlatego, że miał jedną wielką rolę. Przeciwnie — on miał ich za dużo, a każda była niewygodna. Był poetą, który słuchał cudzych języków; badaczem, który nie chciał pozwolić Schulzowi zniknąć po raz drugi; świadkiem Zagłady, który rozumiał, że popiół też bywa alfabetem; człowiekiem opozycji, którego cenzura próbowała unieważnić gumką urzędnika. I może właśnie dlatego warto go czytać dzisiaj: nie jako specjalistę od „tematów mniejszościowych”, lecz jako jednego z tych rzadkich autorów, którzy wiedzieli, że centrum kultury często stoi tam, gdzie większość nawet nie raczy spojrzeć.
