Nie pomnik, tylko człowiek do zadań niemożliwych
Na pierwszy rzut oka Benjamin Franklin wygląda jak stateczny jegomość z banknotu, którego przeznaczeniem jest wypełniać podręczniki i dekorować opowieść o „Ojcu Założycielu”. To oczywiście wygodna bajka dla szkolnej gabloty. W rzeczywistości Franklin był raczej prototypem nowoczesnego człowieka czynu: urodzony w Bostonie w 1706 roku, bardzo wcześnie wyrwał się z rodzinnego miasta, trafił do Filadelfii, został drukarzem, wydawcą i autorem, a potem zrobił rzecz szczególnie irytującą dla ludzi ceniących porządek kategorii — zaczął być naraz uczonym, publicystą, organizatorem życia miejskiego i politykiem. Nie mieścił się w jednej szufladzie, więc najłatwiej było zrobić z niego legendę. A legenda, jak wiadomo, jest najczęściej eleganckim sposobem na pozbawienie kogoś ostrości.
Piorun, ale bez taniej mitologii
Najbardziej znany Franklin to ten z latawcem, kluczem i burzą, czyli wersja niemal komiksowa. Tyle że on nie „odkrył elektryczności”, jak lubią powtarzać uproszczone opowieści; jego eksperyment miał pokazać związek między piorunem a zjawiskami elektrycznymi, a to już jest różnica między nauką a jarmarkiem. Franklin badał elektryczność od lat 40. XVIII wieku, pomógł upowszechnić piorunochron, pracował nad piecem franklinowskim i okularami dwuogniskowymi, ale zarazem nie opatentował swoich wynalazków, bo uważał, że powinny służyć ludziom, a nie tylko kabzie wynalazcy. Brzmi to dziś niemal nieprzyzwoicie szlachetnie, zwłaszcza w epoce, w której opatentować próbuje się wszystko, łącznie z pomysłem na spokojne oddychanie.

Autobiografia, zanim coaching dorobił się garnituru
Franklin był też pisarzem, tylko nie w tym salonowym sensie, w którym autor cierpi przy świecy i patrzy w deszcz. On pisał tak, jak budował własne życie: praktycznie, jasno, z lekką domieszką autoironii i z uporem księgowego. W polskim obiegu funkcjonują przede wszystkim „Żywot własny”, „Autobiografia”, „Droga do majątku i inne pisma” oraz „Jak się doskonalić, czyli 13 cnót wg Benjamina Franklina…”. I to jest może najbardziej frapujące: Franklin wymyślił projekt samodoskonalenia, zanim świat ochrzcił to rozwojem osobistym i sprzedał w pakiecie z porcelanowym kubkiem. U niego cnota nie była dekoracją charakteru, lecz narzędziem działania. Mniej wzniosłości, więcej dyscypliny; mniej pozy, więcej rachunku sumienia prowadzonego niemal jak księga przychodów i rozchodów. Podejście dość protestancko-oświeceniowe, ale — trzeba mu oddać — piekielnie skuteczne.



Republika jako praktyczny wynalazek
I tu robi się naprawdę ciekawie, bo Franklin nie był tylko człowiekiem od idei. On idee zamieniał w instytucje. Współtworzył bibliotekę abonamentową w Filadelfii, zakładał stowarzyszenia służące „użytecznej wiedzy”, pomagał powołać Pennsylvania Hospital, a później wszedł na poziom dużo wyższy: dyplomacji i państwowości. Podpisał Deklarację Niepodległości, negocjował traktat paryski z 1783 roku kończący wojnę z Wielką Brytanią, a w 1787 roku — jako najstarszy delegat Konwencji Konstytucyjnej — apelował, by przyjąć konstytucję mimo jej niedoskonałości. To bardzo franklinowskie: nie czekać na ideał, tylko budować coś, co da się uruchomić. Właśnie dlatego Franklin bywa bardziej nowoczesny niż wielu późniejszych ideologów. Rozumiał, że cywilizacja nie stoi na wielkich słowach, tylko na sprawnych narzędziach, zaufaniu i procedurach, które działają także wtedy, gdy ludzie nie są aniołami. Czyli niemal zawsze.

Pięć ciekawostek, których Franklin z banknotu raczej nie opowiada
- Jako chłopiec eksperymentował z własnoręcznie zrobionymi „płetwami” do pływania — był zapalonym pływakiem i próbował zwiększać szybkość w wodzie metodą bardzo franklinowską: praktycznym testem.
- W 1761 roku skonstruował glass armonicę, instrument oparty na wirujących szklanych czaszach; sam uważał ją za jedno ze swoich najbardziej satysfakcjonujących osiągnięć.
- W testamencie przeznaczył 2000 funtów szterlingów dla Bostonu i Filadelfii, a ten pozornie skromny zapis z czasem urósł do milionowych funduszy wspierających edukację i kulturę.
- W 1775 roku został pierwszym Postmaster General organizacji, z której później wyrósł amerykański urząd pocztowy.
- Jego ostatnim publicznym aktem było podpisanie w 1790 roku petycji antyniewolniczej skierowanej do Kongresu. To ważne, bo pokazuje, że jego biografia nie była prostą opowieścią o konsekwencji, lecz także o późnej przemianie i korekcie własnych przekonań.

Franklin drażni właśnie dlatego, że wciąż działa
Nieprzypadkowo Franklin nadal budzi respekt, a czasem nawet lekką niechęć. Jest zbyt praktyczny dla romantyków, zbyt błyskotliwy dla doktrynerów i zbyt pracowity dla wszystkich, którzy wolą czcić wielkość, niż sprawdzać, z czego została zrobiona. A została zrobiona z nawyków, dyscypliny, ciekawości i instytucji. To nie był święty od amerykańskiej republiki, lecz majster od nowoczesności — taki, który umiał jednocześnie pisać, mierzyć, organizować, negocjować i poprawiać świat bez histerii, za to z uporem. I może dlatego właśnie Franklin jest do dziś niewygodny: przypomina, że cywilizację tworzą nie tylko wielkie idee, lecz także ludzie, którzy potrafią wstać rano i coś sensownie zmontować.
