Stanisław Grzesiuk nie wygląda na postać stworzoną do akademickich gablotek, gdzie kurz udaje powagę, a przypisy chodzą w lakierkach. Był raczej człowiekiem z żywą drzazgą pod skórą: pisarzem, pieśniarzem, kompozytorem i piewcą dawnej Warszawy, nazywanym bardem Czerniakowa. Urodził się 6 maja 1918 roku w Małkowie koło Chełma, ale już od drugiego roku życia mieszkał w Warszawie, więc stolica mogła go sobie spokojnie adoptować — z całym dobrodziejstwem ulicznego inwentarza. Grzesiuk wyniósł z Czerniakowa nie tylko język, ale też kodeks: nie kapować, nie mięknąć, nie robić z biedy ani świętości, ani dekoracji. I to jest może najbardziej drażniące dla ludzi elegancko ułożonych — że on z nizin społecznych nie zrobił skansenu, tylko pełnoprawny świat.
Czerniaków bez pudru i bez przeprosin
Jego „Boso, ale w ostrogach” nie jest sentymentalną pocztówką z przedwojennej Warszawy, gdzie każdy stragan pachnie bułką, a każdy cwaniak ma złote serce zawinięte w gazetę. To książka o dzielnicy biednej, szorstkiej, często brutalnej, ale rządzącej się własnym porządkiem. Culture.pl przypomina, że podstawą jego repertuaru stał się uliczny folklor stolicy, śpiewany przy bandżoli i gitarze, a sam Grzesiuk bywał oskarżany przez „nadętych ważniaków” o gloryfikowanie obyczaju marginesu społecznego. No tak, margines zawsze przeszkadza centrum — zwłaszcza kiedy zaczyna mówić własnym językiem i jeszcze robi to ciekawiej. Grzesiuk nie był folklorystą z notesikiem. Był kimś gorszym dla salonów: świadkiem, który miał rytm, pamięć i bezczelność.

Obóz bez koturnów
Potem przyszło doświadczenie, przy którym nawet najtwardsza warszawska poza powinna pęknąć jak tania porcelana. W 1940 roku Grzesiuk został aresztowany podczas łapanki, trafił na roboty do Niemiec, a następnie do niemieckich nazistowskich obozów koncentracyjnych; od kwietnia 1940 roku do wyzwolenia Mauthausen-Gusen w maju 1945 roku przeszedł przez system zorganizowanego niszczenia człowieka. I właśnie o tym napisał „Pięć lat kacetu” — książkę niewygodną, bo odartą z eleganckiej martyrologii. Nie opowiadał o cierpieniu tak, jakby czekał na order za odpowiednią minę. Pisał o sprycie, głodzie, strachu, przemocy i moralnych szarościach, które w obozie nie były wyjątkiem, lecz codziennym klimatem. To literatura, która nie prosi czytelnika o łzę. Ona raczej chwyta za kołnierz i mówi: patrz, ale bez upiększania.
Trzy książki i życie pisane na ostatnim oddechu
Grzesiuk zostawił po sobie tylko trzy najważniejsze książki: „Pięć lat kacetu”, „Boso, ale w ostrogach” i „Na marginesie życia”. Ta ostatnia, wydana już po jego śmierci, była związana z walką z gruźlicą, na którą zachorował po wojnie. Co osobliwe i mocno grzesiukowe: jego literacka i muzyczna obecność rozbłysła późno, właściwie w ostatnich pięciu latach życia — wtedy powstały jego książki i nagrania piosenek. To tak, jakby człowiek, któremu ciało wystawiało już rachunek końcowy, odpowiedział: dobrze, ale najpierw jeszcze zaśpiewam, napiszę i narobię zamieszania. I zrobił to bez pozy geniusza. Bardziej jak ktoś, kto siada na krześle, poprawia czapkę i zaczyna mówić prawdę takim tonem, że salon nagle sprawdza, czy ma zamknięte drzwi.



5 ciekawostek o Grzesiuku
- Grzesiuk z wykształcenia był elektromechanikiem, a przed wojną pracował w Państwowych Zakładach Tele- i Radiotechnicznych.
- Jego piosenki, m.in. „Bal na Gnojnej”, „Czarna Mańka” i „Nie masz cwaniaka nad warszawiaka”, wykonywane były z akompaniamentem bandżoli; ostatni z tych utworów Grzesiuk również skomponował.
- W 2018 roku rozpoczęto wydawanie jego powieści w wersjach bez cenzury; rękopisy porównywano z wcześniejszymi wydaniami.
- Dokument „Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” z 2018 roku pokazuje fenomen jego pamięci i renesans zainteresowania jego twórczością.
- Został pochowany na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach; zmarł w 1963 roku na gruźlicę.
Ostatni cwaniak przeciwko świętej nudzie
Grzesiuk jest ważny nie dlatego, że był „kolorową postacią”, bo to określenie bywa wygodną szufladą na ludzi, których nie chce się naprawdę zrozumieć. Jest ważny, bo pokazał, że kultura nie rodzi się wyłącznie w bibliotekach, teatrach i gabinetach z zieloną lampką. Czasem wychodzi z bramy, ma obtarte buty, zna głód, śmieje się za głośno i nie ma cierpliwości do fałszywej elegancji. Jego siłą była niegrzeczna prawdziwość. Nie taka, która krzyczy „patrzcie na mnie”, lecz taka, która mówi: „tak było, a jak komuś niewygodnie, to niech sobie poprawi kołnierzyk”. I może dlatego Grzesiuk wciąż działa. Bo w czasach wyprasowanych biografii przypomina, że człowiek bez wygładzenia bywa bardziej wiarygodny niż pomnik po renowacji.
Józef Michałek – Radio Awangarda
