Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Jean Genet, czyli święty od rzeczy podejrzanych

Więcej od tego autora

Czas czytania: 3 minuty

Nie zaczyna się to elegancko

Jean Genet nie wchodzi do literatury przez frontowe drzwi, tylko raczej przez okno, najlepiej cudze. Urodzony w 1910 roku w Paryżu, porzucony przez matkę, wychowywany poza bezpiecznym mieszczańskim porządkiem, szybko wszedł w orbitę kradzieży, poprawczaków, włóczęgi i więzień. A jednak właśnie z tego materiału — skrajnie niefotogenicznego moralnie — ulepił pisarstwo, które nie prosi o rozgrzeszenie. Genet nie mówi: „zrozumcie mnie”. On raczej rzuca czytelnikowi pod nogi własne błoto i patrzy, czy ten odważy się nazwać je formą. To dlatego „Matka Boska Kwietna”, „Cud róży” i „Dziennik złodzieja” nie są zwykłymi książkami o marginesie, tylko laboratorium, w którym z pogardy, pożądania i wstydu robi się styl.

Genet nie poprawia świata, tylko go kompromituje

Wielu pisarzy chce być sumieniem epoki. Genet wolał być jej źle zagojoną raną. Fascynowało go nie dobro, lecz sposób, w jaki społeczeństwo produkuje swoje „brudy”, a potem teatralnie się nimi brzydzi. Jego wielkość polegała na czymś bardzo niewygodnym: potrafił odwrócić hierarchię i pokazać, że to, co uznane za podłe, bywa bardziej prawdziwe niż oficjalna cnota. W „Ceremoniach żałobnych”, „Querelle z Brestu” czy „Dzienniku złodzieja” nie chodzi o tani skandal, tylko o bezlitosną wiwisekcję moralnych masek. Genet nie był kronikarzem przestępczości; był poetą odpadków cywilizacji. I właśnie dlatego do dziś działa na nerwy ludziom, którzy chcieliby, żeby literatura była grzeczna, higieniczna i pożyteczna jak instrukcja obsługi ekspresu do kawy.

Na scenie wszystko jest przebraniem

Jako dramaturg Genet zrobił coś jeszcze ciekawszego: przeniósł swoje obsesje z ciemnych zaułków na scenę i kazał teatrowi przyznać, że sam jest maszyną do produkcji pozorów. „Pokojówki”, „Ścisły nadzór”, „Balkon”, „Murzyni” i „Parawany” nie są po prostu dramatami. To pułapki zastawione na role społeczne, władzę, klasę, rasę i tożsamość. W „Pokojówkach” gra i nienawiść stapiają się w rytuał; w „Balkonie” władza okazuje się kostiumem; w „Murzynach” i „Parawanach” teatr zaczyna kąsać politykę. Britannica nie bez powodu zalicza Geneta do centralnych figur awangardy i teatru absurdu, ale to określenie jest trochę zbyt schludne. U Geneta absurd nie jest filozoficzną mgiełką, tylko nożem, którym społeczeństwo ogląda własną twarz.

Pięć ciekawostek o Genecie

  • Gdy po kolejnym wyroku groziło mu dożywocie jako recydywiście, w jego obronie interweniowali znani pisarze, a prezydent Francji udzielił mu czegoś w rodzaju „ułaskawienia z wyprzedzeniem”. To brzmi jak literacka legenda, ale niestety dla porządnych obywateli — wydarzyło się naprawdę.
  • Swoją debiutancką „Matkę Boską Kwietną” pisał w więzieniu, a książka najpierw funkcjonowała niemal jak obiekt dla wtajemniczonych kolekcjonerów, dopiero potem weszła szerzej do obiegu.
  • Genet nakręcił tylko jeden film: „Un chant d’amour” z 1950 roku. Film długo miał problemy z cenzurą z powodu jawnie homoerotycznej treści.
  • Pod koniec życia zaangażował się politycznie nie z bezpiecznej kanapy komentatora, lecz bardzo konkretnie: sympatyzował z Czarnymi Panterami, przebywał też w palestyńskich obozach uchodźców, a śladem tych doświadczeń stał się późniejszy „Zakochany jeniec”.
  • Został pochowany nie we Francji, lecz w Larache w Maroku. Nawet po śmierci nie wrócił potulnie do narodowej gabloty.

Dlaczego Genet wciąż jest niewygodnie żywy

Najciekawsze u Geneta jest chyba to, że nie daje się zamienić w sympatyczny pomnik „wybitnego kontrowersyjnego autora”. On pozostaje nieprzyjemny w najlepszym sensie tego słowa. Zmusza do pytania, czy piękno naprawdę musi być moralnie czyste, czy bunt bez programu nie bywa czasem uczciwszy od ideologii, i czy wykluczony widzi więcej niż dobrze ustawiony obywatel. Dlatego warto do niego wracać nie po komfort, lecz po intelektualne tarcie. Genet przypomina, że kultura nie służy wyłącznie temu, by nas uszlachetniać. Czasem ma nas też skompromitować — i bardzo dobrze, bo odrobina kompromitacji bywa dla myślenia zdrowsza niż cały wagon nobliwego samozadowolenia.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze