Niektórzy projektują budynki, Utzon projektował horyzont
Jørn Utzon urodził się 9 kwietnia w 1918 roku w Kopenhadze, wychował się w Aalborgu, studiował architekturę w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Kopenhadze, a dzieciństwo spędził w cieniu stoczni, jachtów i morskich konstrukcji swojego ojca. I to naprawdę czuć. U wielu architektów forma jest teorią, u niego była niemal fizjologią patrzenia: linia miała płynąć, konstrukcja miała oddychać, a budynek nie miał być pudełkiem do przechowywania ludzi, tylko przestrzenią, która ustawia ich emocje. Morze, żagle, światło, wiatr, ruch — z tego powstał jego język. Niby Duńczyk, a myślał jak ktoś, kto nie ufa ścianom bardziej niż trzeba.
Potem wydarzył się Sydney Opera House, czyli triumf, który miał smak katastrofy
W 1957 roku Utzon wygrał międzynarodowy konkurs na projekt gmachu opery w Sydney i nagle świat dostał architekturę, która nie wyglądała jak kolejny grzeczny monument państwowej powagi, lecz jak coś pomiędzy rzeźbą, portem i metafizycznym kaprysem oceanu. Problem polegał na tym, że wielkie wizje bardzo źle znoszą polityków, budżety i ludzi przekonanych, że arcydzieło powinno zachowywać się jak porządny formularz w segregatorze. Spory narastały, presja rosła, aż Utzon zrezygnował w 1966 roku, zanim budynek ukończono. Tysiące ludzi protestowało, domagając się jego powrotu, ale historia — jak to historia — rzadko bywa elegancka wobec swoich bohaterów.

Co najciekawsze, Utzon nie był tylko ojcem jednego słynnego budynku
Los bywa dość okrutny: człowiek tworzy kilka wielkich rzeczy, a publiczność pamięta głównie tę jedną, najbardziej fotogeniczną. Tymczasem po Sydney Utzon zaprojektował między innymi kościół w Bagsværd, którego sklepienie narodziło się z obserwacji chmur, oraz późniejsze realizacje i domy na Majorce, zwłaszcza Can Lis i Can Feliz, gdzie architektura wydaje się nie tyle stać na ziemi, ile pozostawać z nią w cichej umowie. Do tego dochodzi National Assembly w Kuwejcie — budynek publiczny, który nie udaje chłodnej maszyny administracyjnej, tylko ma w sobie coś z namiotu, cienia i porządku wyrastającego z klimatu miejsca. Krótko mówiąc: Utzon nie był architektem od efektownego gestu. Był architektem od harmonii, która wygląda prosto dopiero wtedy, gdy ktoś naprawdę wie, co robi.
Zanim przejdziemy dalej, pięć ciekawostek, które robią mu dodatkową robotę w pamięci
- Utzon początkowo rozważał karierę związaną z marynarką i okrętami, więc jego obsesja na punkcie konstrukcji nie była pozą artysty, tylko niemal rodzinnym rzemiosłem.
- W 2003 roku dostał Nagrodę Pritzkera, czyli architektoniczny odpowiednik bardzo poważnego ukłonu świata, ale na ceremonii nie był obecny — przemawiał w jego imieniu syn Jan.
- Do Sydney Opera House wrócił symbolicznie dopiero po latach, gdy w 1999 roku ponownie zaangażowano go jako konsultanta projektowego.
- Sala Utzon Room w Operze została otwarta w 2004 roku i nazwana na jego cześć.
- Sam gmach Opery wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO w 2007 roku, jeszcze za życia architekta — co w przypadku tak nowoczesnego budynku było wyróżnieniem wyjątkowym.

Na końcu zostaje pytanie nie o budynki, lecz o charakter
Bo Utzon jest ciekawy nie tylko jako twórca form, ale jako przypadek człowieka, który zapłacił wysoką cenę za wierność własnemu wyobrażeniu świata. Jego historia mówi coś nieprzyjemnie aktualnego: nowoczesność uwielbia zachwycać się wizjonerami, byle po wszystkim, najlepiej już wtedy, gdy nie mogą przeszkadzać w procedurach. A jednak to on wygrał. Nie dlatego, że wszystko mu się udało — właśnie nie. Wygrał, bo zostawił po sobie architekturę, która nie starzeje się jak moda, tylko działa jak krajobraz. Patrzysz na nią i masz wrażenie, że była tu zawsze, choć przecież ktoś musiał kiedyś mieć bezczelność ją wymyślić. I to jest może najrzadszy rodzaj talentu: nadać przyszłości kształt tak naturalny, jakby istniał od początku.

Józef Michałek – Radio Awangarda
