Hej, kompania introspektywnych wagabundów! Jeśli przegapiliście ostatni „Kalejdoskop”, to spokojnie – świat nie zgasł, ale być może ominęła Was ścieżka, którą warto przejść boso i z szeroko otwartą duszą. W „Rusz w głąb” zostawiamy zegarki, opinie i cały ten zgiełk na progu i… idziemy. Nie na Giewont, nie do Lidla – tylko przez płat czołowy do komory serca.
Zaczęliśmy z Simonem & Garfunkelem – bo kto nie chciałby raz unieść się jak kondor nad górami cudzych oczekiwań? Tracy Chapman podrzuciła kluczyki do „Fast Car” i ruszyliśmy przez noc, gdzie wolność mruga jak neon z nadzieją. Potem cisza – ale nie taka z biblioteki, tylko ta, która ogłusza. Red Hot Chili Peppers, Santaolalla, Badalamenti – każdy nutą, która wbija się głębiej niż niejedna rozmowa.
Było też filmowo – Cheryl Strayed i Chris McCandless przypomnieli, że pęcherz boli, ale nic tak nie piecze jak żal, że nie ruszyłeś. Potem pionowe ściany strachu, gospelowy ogień Andry Day i latarnie błędów rozświetlane przez Michała Bajora. Zajrzyliśmy też w oczy drugim ludziom, którzy – o dziwo – często są lustrami.
Na finał: Rynkowski zakrzyknął „Szczęśliwej drogi już czas”, a ja podniosłem termos z letnią miętą i powiedziałem: jeśli poczułeś choć przez chwilę, że chcesz ruszyć – jesteś w dobrym miejscu. I wiesz co? Nadal możesz.
