R.D. Laing – psychiatra, który zapytał, czy przypadkiem to nie świat oszalał
Psychiatria ma pewną pokusę, zresztą nie ona jedna: nazwać rzecz, sklasyfikować ją, przypisać numer i poczuć ulgę, że oto została zrozumiana. Ronald David Laing zrobił coś znacznie bardziej kłopotliwego – zapytał, czy człowiek uznany za chorego psychicznie nie próbuje czasem powiedzieć czegoś, czego otoczenie po prostu nie chce albo nie potrafi usłyszeć.
Urodził się 7 października 1927 roku w Glasgow, studiował medycynę na tamtejszym uniwersytecie, został psychiatrą i dość szybko przekonał się, że standardowy język kliniczny mu nie wystarcza. Interesowała go schizofrenia, ale nie jako zestaw objawów do odhaczenia. Chciał wejść w świat człowieka, który doświadcza rozpadu własnego „ja”, i sprawdzić, czy ten świat ma wewnętrzną logikę. W 1960 roku opublikował „Podzielone ja”, książkę, która uczyniła go jednym z najbardziej znanych i zarazem najbardziej kontrowersyjnych psychiatrów swojej epoki.
A co, jeśli „bezsens” pacjenta ma jednak sens?
To był punkt, w którym Laing drażnił psychiatryczny establishment najbardziej. Nie twierdził po prostu, że schizofrenia nie istnieje, choć później często mu to przypisywano. Próbował czegoś subtelniejszego: traktował wypowiedzi człowieka psychotycznego jako opis jego realnie przeżywanego świata, a nie wyłącznie jako hałas produkowany przez uszkodzony umysł.
W „Podzielonym ja” opisywał między innymi poczucie ontologicznego zagrożenia – stan, w którym człowiek nie czuje się bezpieczny nawet we własnym istnieniu, więc zaczyna budować między sobą a światem kolejne warstwy obrony. Z zewnątrz jego zachowanie może wyglądać absurdalnie. Od środka może być desperacką próbą ochrony własnego „ja”.
I właśnie tutaj Laing był najbardziej interesujący. Nie pytał wyłącznie: „Co jest z tobą nie tak?”, ale również: „Co ci się przydarzyło i w jakim świecie przyszło ci żyć?” Dzisiaj podobne pytanie nie brzmi już rewolucyjnie. W latach 60. w psychiatrii było czymś znacznie bardziej wywrotowym.

Rodzina może leczyć. Może też doprowadzać człowieka do ściany
Laing coraz mocniej interesował się relacjami rodzinnymi. Razem z Aaronem Estersonem badał rodziny osób diagnozowanych jako chore na schizofrenię i próbował pokazać, że zachowania uznawane za niezrozumiałe mogą stawać się bardziej zrozumiałe, jeśli zobaczymy cały system komunikacji, zależności i sprzecznych oczekiwań.
Nie znaczy to, że można dziś sprowadzić schizofrenię do „złej rodziny” – współczesna psychiatria byłaby wobec takiego wyjaśnienia słusznie sceptyczna. Laing przesunął jednak akcent z samego mózgu jednostki na relację między człowiekiem a jego otoczeniem. To było ważne, ponieważ pacjent przestawał być biologiczną zagadką zamkniętą w szpitalnej sali, a stawał się człowiekiem posiadającym historię, język, rodzinę i własną interpretację tego, co się z nim dzieje.
Kingsley Hall – dom, w którym psychiatra nie miał być strażnikiem
W 1965 roku Laing wraz ze współpracownikami założył Philadelphia Association, a w londyńskim Kingsley Hall rozpoczął jeden z najsłynniejszych eksperymentów psychiatrycznych XX wieku. Nie było to klasyczne szpitalne skrzydło. Mieszkańcy i terapeuci żyli razem, a hierarchia między „zdrowymi” i „chorymi” miała zostać ograniczona do minimum. Kingsley Hall działał w latach 1965–1970 i stał się symbolem alternatywy wobec tradycyjnego szpitala psychiatrycznego.
Najbardziej znaną mieszkanką była Mary Barnes, wcześniej pielęgniarka, która doświadczyła ciężkiego kryzysu psychotycznego i miała diagnozę schizofrenii. W Kingsley Hall przeszła niezwykle intensywny proces terapeutyczny, a później została malarką i pisarką. Jej historia stała się jednym z symboli całego przedsięwzięcia.
Brzmi pięknie, dopóki nie zadamy drugiego pytania: czy taki model był skuteczny i bezpieczny dla wszystkich? I tutaj zaczyna się problem. Dokumentacja efektów była nierówna, metody bywały bardzo niekonwencjonalne, a część poglądów Lainga dotyczących psychozy jest dzisiaj podważana. Kingsley Hall był ważnym eksperymentem intelektualnym, ale nie receptą, którą współczesna psychiatria mogłaby po prostu wyjąć z szuflady i zastosować.

Antypsychiatra, który nie chciał być antypsychiatrą
Laing został jedną z ikon tzw. antypsychiatrii, obok Davida Coopera czy Thomasa Szasza, choć sam niechętnie przyjmował tę etykietę. To ważne rozróżnienie, ponieważ nie był człowiekiem twierdzącym po prostu, że psychiatria jest niepotrzebna. Był lekarzem krytykującym sposób, w jaki psychiatria potrafiła zamieniać diagnozę w definicję człowieka.
W latach 60. i 70. trafił idealnie w ducha kontrkultury. Krytykował przymus, instytucjonalizację, społeczne maski, rodzinne gry i kulturę, która sama uważa się za zdrową tylko dlatego, że większość ludzi zachowuje się podobnie. „Polityka doświadczenia” z 1967 roku stała się bestsellerem i manifestem znacznie wykraczającym poza psychiatrię. Royal College of Psychiatrists określa tę książkę jako klasyczny tekst kontrkultury, podkreślając jednocześnie, że część ówczesnego środowiska psychiatrycznego mocno krytykowała Laingowską wizję psychozy jako potencjalnej podróży ku przemianie.
I tu warto zachować odrobinę sceptycyzmu. Romantyzowanie psychozy może być równie niebezpieczne jak sprowadzanie człowieka wyłącznie do diagnozy. Laing trafnie dostrzegał przemoc instytucji i potrzebę traktowania pacjenta podmiotowo, ale nie wszystkie jego odpowiedzi wytrzymały próbę czasu.

Człowiek bardziej skomplikowany niż własna teoria
Laing z czasem sam stał się postacią niemal kultową. Wykładał, pisał, podróżował, pojawiał się w mediach i przyciągał ludzi z kręgu kontrkultury. Jednocześnie jego życie prywatne było znacznie mniej uporządkowane niż idee o autentycznych relacjach, które głosił. Zmagał się z alkoholem, jego relacje rodzinne były trudne, a pod koniec życia jego pozycja znacznie osłabła.
Zmarł 23 sierpnia 1989 roku w wieku 61 lat po zawale serca podczas gry w tenisa w Saint-Tropez.
Pozostało po nim jednak pytanie, którego psychiatrii nie udało się już całkiem wypchnąć z gabinetu: czy leczenie człowieka można rozpocząć, zanim spróbuje się zrozumieć, jak wygląda świat widziany jego oczami?

Dlaczego warto o nim pamiętać?
Nie dlatego, że R.D. Laing „obalił psychiatrię”, bo niczego takiego nie zrobił. I nie dlatego, że miał rację we wszystkim – nie miał.
Warto go pamiętać, ponieważ upomniał się o rzecz łatwą do zagubienia w każdej dziedzinie posługującej się diagnozą, tabelą czy procedurą: za przypadkiem klinicznym nadal stoi człowiek, który coś przeżywa i dla którego to przeżycie ma określony sens.
Laing zmusił psychiatrię do spojrzenia na pacjenta nie tylko jako na organizm wymagający leczenia, lecz również jako na podmiot zanurzony w rodzinie, kulturze, języku i relacjach. Nie wszystkie jego odpowiedzi były trafne, ale pytania pozostały.
A czasem właśnie po tym poznaje się naprawdę ważnego myśliciela.



Ciekawostki
- „Podzielone „ja” ukazało się w 1960 roku, gdy Laing miał zaledwie 32 lata, a książka stała się jednym z najbardziej wpływowych tekstów fenomenologicznej psychiatrii XX wieku.
- W języku polskim ukazały się m.in. „Podzielone „ja”, „Ja i inni” oraz „Polityka doświadczenia. Rajski ptak”.
- Philadelphia Association istnieje do dziś, prowadząc psychoterapię, szkolenia i domy wspólnotowe inspirowane częściowo tradycją Lainga.
- Kingsley Hall funkcjonował w latach 1965-1970, a jego mieszkańcy mieli tworzyć wspólnotę zamiast klasycznego układu lekarz–pacjent.
- Laing stał się symbolem antypsychiatrii, choć nie utożsamiał się jednoznacznie z tym określeniem.
- Jego popularność była w latach 70. ogromna – odbywał tournée wykładowe po Stanach Zjednoczonych, a materiały z podróży z 1972 roku zachowały się w zbiorach Uniwersytetu w Glasgow.
Józef Michałek – Radio Awangarda
