Wit Stwosz – człowiek, który z drewna zrobił dzieło bardziej boskie niż niejeden fresk
W 1477 roku do Krakowa przybył człowiek z dłutem, wyobraźnią jak z objawienia, który umiał robić cuda w lipie. Mowa oczywiście o Wicie Stwoszu, czyli Veit Stoßie, artyście z Norymbergi, który podjął się wyzwania godnego superprodukcji: wyrzeźbienia głównego ołtarza do Kościoła Mariackiego w Krakowie.
Nie, to nie była szybka robota za fakturę z terminem 14 dni. To była 12-letnia epopeja dłuta, złota, drewna i absolutnej perfekcji. Bo Stwosz nie robił ołtarza – on opowiadał historię Boga i ludzi, tak jak nikt przed nim i nikt po nim. A przy okazji stworzył największy gotycki ołtarz Europy, który do dziś sprawia, że turyści zapominają o selfie, a krakowianie są z niego dumni, tak samo jak z hejnału.

Kiedy rzeźbiarz opowiada historię lepiej niż kaznodzieja
Zamiast wzniosłych traktatów, Stwosz wybrał narrację z drewna. Ołtarz Mariacki to trzynastometrowa, jedenastometrowej szerokości brama do duchowego i estetycznego szaleństwa. W centrum – Zaśnięcie i Wniebowzięcie Maryi. Wokół – apostołowie tak realistyczni, że można się zdziwić, że nie mrugają. Skrzydła boczne? Opowieść o życiu Jezusa i Maryi, rozpisana na dziesiątki postaci. Detal? Taki, że nawet paznokcie mają charakter.
A wszystko to z drewna lipowego, wspomaganego dębem i pokrytego złotem. To nie jest dekoracja. To gotycki Netflix, który trwa od XV wieku.

Ciekawostki, które potwierdzają, że Stwosz nie rzeźbił – on opowiadał światem
- Praca nad ołtarzem trwała od 1477 do 1489 roku – czyli dłużej niż niektóre monarchie.
- Główne postaci mają nawet 3 metry wysokości, a mimo to są tak lekkie w wyrazie, jakby zaraz miały zejść z piedestału.
- Rzeźby wykonano z drewna lipowego, a tło z dębu – symboliczne połączenie miękkości i trwałości.
- Ołtarz składa się z ponad 200 figur, z czego większość pełnoplastyczna – można je oglądać ze wszystkich stron.
- Podczas II wojny światowej Niemcy zrabowali ołtarz i ukryli go w Bawarii. Po wojnie powrócił do Krakowa w 1946 roku, jak bohater po długiej podróży.
- Stwosz był nie tylko geniuszem, ale i… pechowcem: w Norymberdze został napiętnowany żelazem za fałszowanie dokumentów. Złoty chłopak z dłutem, ale niekoniecznie z księgowością.
- Ołtarz ma mechanizm zamykania i otwierania – ruchome skrzydła pozwalały ukrywać lub odsłaniać sceny zgodnie z kalendarzem liturgicznym.

Artysta, który nie znał słowa „prowizorka”
Stwosz nie tylko rzeźbił – on wchodził w emocje postaci, wyciskał dramat z drewna jak sok z cytryny. Jego Maria nie „umiera” – ona cichutko odchodzi z ziemi. Apostołowie nie „patrzą” – oni się zastanawiają, niepokoją, modlą, protestują. To wszystko ma narrację, dramaturgię, rytm. Gdyby istniały Oscary dla gotyku – Stwosz zgarnąłby je wszystkie.
A jak to wszystko się skończyło? Artysta wrócił do Norymbergi, popadł w kłopoty, został napiętnowany za fałszerstwo dokumentów i żył raczej skromnie. Ale jego ołtarz przetrwał wojny, dewastacje, nazistowskie grabieże i wrócił do Krakowa. I wciąż mówi więcej niż niejedne kazania.
