Markiz de Sade – czyli jak być skandalem zanim jeszcze wynaleziono brukowce
Gdyby Donatien Alphonse François de Sade żył dziś, prawdopodobnie byłby banowany z każdej platformy społecznościowej średnio co tydzień. Ale że urodził się 2 czerwca 1740 roku, to zadowolił się szokowaniem XVIII-wiecznej Francji – i trzeba przyznać, szło mu całkiem nieźle. Markiz de Sade, bo pod tym tytułem wszedł do historii, był pisarzem, filozofem, prowokatorem i… powiedzmy to wprost – człowiekiem, którego wyobraźnia seksualna potrafiła zawstydzić całą epokę.
To właśnie od jego nazwiska pochodzi termin „sadyzm” – i nie, to nie był przypadek. Jego pisarstwo było psychodeliczną jazdą przez piekło namiętności, brutalności, filozofii i anarchii, a każda kolejna książka brzmiała mniej więcej jak: „Zastanówmy się, co by było, gdyby moralność nie istniała”. A potem on już tylko pisał i pisał, jakby chciał, żeby cały świat zemdlał z oburzenia.

Szlachcic, który lubił kontrowersje bardziej niż jedwabie
De Sade urodził się w arystokratycznej rodzinie i jako młody chłopak został oficerem, co raczej nikogo nie dziwiło. Ale jego kariera wojskowa dość szybko zeszła na drugi plan – a raczej została zepchnięta przez miłość do występku, skandali i literatury, która przekraczała wszystkie możliwe granice.
Nie dość, że był stałym bywalcem paryskich domów publicznych, to jeszcze… wymyślał nowe zastosowania dla świec, różańców i konwenansów. To wszystko z detalem, który mógłby przyprawić o zawroty głowy niejednego współczesnego redaktora cenzury. I tak – spędził w więzieniach i zakładach psychiatrycznych łącznie ponad 30 lat życia. W tym czasie nie przestawał pisać. Ba! Tworzył najwięcej.
Ciekawostki z życia człowieka, którego samego Freud chyba by się bał
- Jego najbardziej znane dzieło to „120 dni Sodomy”, książka, której nigdy nie polecisz nikomu bez poprzedzenia jej pięciominutowym ostrzeżeniem.
- Napisał ją w Bastylii, na wąskim zwoju papieru długim na ponad 12 metrów. Prawdziwy scroll przed erą internetu.
- Był uważany za szaleńca, ale też filozofa – jego pisarstwo to nie tylko pornografia, ale też skrajnie pesymistyczna refleksja nad naturą człowieka i strukturą władzy.
- Jego utwory były zakazane przez stulecia, a niektóre do dziś są uznawane za zbyt kontrowersyjne do szerokiej publikacji.
- Miał obsesję na punkcie wolności absolutnej, nawet jeśli oznaczała ona cierpienie innych.
- Zmarł w zakładzie dla obłąkanych, zostawiając po sobie dziedzictwo, które do dziś dzieli ludzi na tych, którzy go nienawidzą – i tych, którzy go nie rozumieją.
- I tak, jego życie zainspirowało setki analiz psychologicznych, filozoficznych i… scenariuszy filmów grozy.

Geniusz z piekła rodem czy tylko bardzo znudzony libertyn?
Czy de Sade był pisarzem wybitnym? To zależy, jak mierzymy „wybitność”. Jeśli szok, kontrowersja i wpływ na język – to tak, jak najbardziej. Jeśli dobroczynność i kojąca literatura do poduszki – to nie, absolutnie nie.
Ale jedno trzeba mu oddać: zmuszał ludzi do myślenia, choćby poprzez zniesmaczenie. I może właśnie dlatego nie da się go łatwo zaszufladkować. Był literackim Frankensteinem – zszytym z arystokraty, potwora, filozofa i prowokatora.
A do dziś, jego nazwisko – bardziej niż jakiekolwiek jego dzieło – żyje jako symbol nieujarzmionej, mrocznej strony ludzkiej natury.
