Słuchaj nas online

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Memento mori, czyli pamiętaj o śmierci

Więcej od tego autora

Przeczytasz w: 3 minuty

Spotkania żywych z żywymi, na żywo, mogą być niezwykle przyjemne i inspirujące. Zwłaszcza gdy można usiąść w klimatycznym miejscu, z karafką domowego wina i przekąskami, wśród których „zboczone śliwki” są dostąpieniem nieba, choć na tym etapie – jedynie w gębie.

Tak było i w tym wypadku – ciepły wieczór, klimatyczna knajpka, domowe wino, śliwki w boczku i spotkanie żywej z żywą na żywo. I rozmowy, między innymi… o śmierci. A właściwie o tym, co po śmierci, zanim dostąpi się nieba. Albo piekła – jak komu waga uczynków wskaże. Czy wypada się śmiać przy takich obszarach rozważań? Na szczęście moja interlokutorka nie ma z tym problemu, jako i ja, zwłaszcza w pewnych okolicznościach.

Nie każdy może wybrać

Zanim jednak zupełnie zanikła nam możliwość dojścia do wspólnych wniosków na tematy natury ostatecznej, odniosłam się do… cmentarnych „apartamentów” z poziomem -1. Moją uwagę, oderwaną od powagi, zwracają te nagrobki, które wszelkie niezbędne im dane osobowe mają już wypisane, z jednym zaledwie miejscem do uzupełnienia – miejscem na… datę śmierci. Ludzie za życia budują sobie groby! Mnie jest absolutnie obojętne, co się z moimi zwłokami stanie, gdy już mnie w nich zabraknie. Czy ja będę leżeć w grobowcu sięgającym nieba czy pod płotem (choć dziś leżenie pod płotem nie ma już niegdysiejszej symboliki), czy cokolwiek innego miałoby to być. Przyjaciółka jednak zwróciła uwagę na fakt, że prawdopodobnie chodzi o odciążenie finansowe dzieci, które będą musiały uporać się ze wszystkimi trudami emocjonalnymi i finansowymi związanymi ze śmiercią i pochówkiem. Podała tu własny przykład, gdy niedawno zamówiła nagrobek dla swoich rodziców i wcześniejszych pokoleń z jednego grobu, żeby kiedyś nie spadło to na jej syna. To jednak mnie nie przekonało, a gdy podawałam kolejne argumenty na paradoks budowania własnej mogiły za życia, ona stwierdziła, że właściwie w Warszawie ma krewnych na wszystkich cmentarzach i na dobrą sprawę mogłaby sobie wybrać, z kim się położy, a że mogił jest ze 20 i do nikogo nie ma urazy, to miałaby w czym wybierać. Cóż… U mnie takiego wyboru nie ma…

Wróciłam do tematu w rozmowie z przyjacielem i dzięki niemu mogłam wyjść w rozważaniach ze schematu ciasnego cmentarza poza jego granice, gdy w pewnym momencie dyskusji zapytał: „…a może wolałabyś położyć się na trupiej farmie?” No nie, nie wolałabym, bo musiałabym zdecydować o tym za życia i pomijając fakt logistyczny – podróż zwłokami do USA, Australii czy Kanady – nie zrobiłabym tego swojemu synowi, bo nie wiem, jak on by się do tego odniósł po moim zgonie, a pytać go nie ma sensu, bo przecież on teraz też nie wie, jak się do tego odniesie po moim zgonie, więc kwadratura koła zapewniona. Ale jeśli syn za mnie zdecyduje – proszę bardzo, wprawdzie się nie położę, ale mogę zostać położona. Gdziekolwiek, na trupiej farmie też!

Sposoby na oswojenie

Co do samego umierania – warto się przygotować na dzień i godzinę, żeby nie było zaskoczenia. Gdy mąż straszył mnie swoim odejściem, zapytałam go, kiedy to będzie. Wybrał sobie środę. Odtąd każde jego złe samopoczucie i temat chwil ostatecznych kończył się przypomnieniem, że to będzie w środę. Na szczęście dla mnie odszedł, zanim zdążył odejść. Teraz przynajmniej to nie ja muszę być na środę przygotowana.

Ze śmiercią współcześnie jest tak, jakby jej nie było. Tak bardzo się ją wypiera, że gdy przychodzi, jest zdziwienie, że w ogóle istnieje. A przecież rodząc dziecko każda matka powinna być świadoma, że ono kiedyś umrze. Patrzę na to jak na naturalny paradoks – powołanie życia jest jednoczesnym skazaniem na śmierć. Śmierć to niesamowita, bolesna ostateczność, z którą trudno sobie poradzić. Spora część społeczeństwa wypiera ją, może nawet nie do końca świadomie, bo przecież mocno ją od siebie odsuwamy. Przepisy zakazują trzymać martwe ciało w domu, do czasu pogrzebu, jak jeszcze całkiem niedawno bywało. Sama pamiętam ukochanego dziadka przez trzy dni w trumnie, w pokoju za ścianą. I to, jak się go bałam, jako 7-letnia dziewczynka, jak przeżywałam. Ale dlaczego teraz niemal całkowicie izolować dzieci czy dorosłych od śmierci? Dlaczego nawet mówić o niej jest niezręcznie, nie mówiąc już o żartach? Co w tym niestosownego? Jeśli śmierć jest nieodłącznym elementem życia, dlaczego nie oswajać się z nią na miarę własnych możliwości i wizji? I nie traktować w sposób naturalny? Ja ubieram ten temat w żart, co nieraz spotyka się z karcącym spojrzeniem postronnych, gdy śmiech ze śmierci jest nazbyt oczywisty, ale co w tym złego, że jest śmiech? Nie chcę się bać, że zabierze mi najbliższych, obłaskawiam więc ją żartem. Taki sposób na oswojenie cudzej śmierci. Co do własnej – gdy umrę, nie będzie mnie, nie będę więc tego przeżywała.

Co z moją śmiercią?

Willi na cmentarzu sobie nie zbuduję, za życia wolę robić coś zupełnie innego, ale co się z moimi zwłokami stanie po fakcie, jest mi absolutnie obojętne, w końcu mnie już nie będzie, żebym miała nad tym ubolewać. Nawet jeśli zostawię po sobie brudną bieliznę, to przed nikim się z tego powodu nie zawstydzę. Ani nie będę tłumaczyć. Nic nie będę musiała, nie będzie mnie. A póki co, będę sobie radziła ze śmiercią na miarę własnych możliwości, tak czy inaczej. Gdybym z niej nie żartowała, przeraziłabym się śmiercią na śmierć.

Koniecznie przeczytaj

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najnowsze