Mieczysław Fogg – głos, który śpiewał, gdy waliła się Warszawa
1901 rok przyniósł Polsce coś więcej niż tylko zmiany geopolityczne – urodził się Mieczysław Fogg. Człowiek-legenda. Facet, który miał w głosie melancholię przedwojennych ulic, ciepło rodzinnych spotkań i… niezłomność, która wytrzymała nawet bombardowanie stolicy. Śpiewał, gdy Warszawa płonęła, śpiewał, gdy się podnosiła z gruzów, i śpiewał, gdy nadeszły czasy tańca na jednym palcu z akordeonem.
Był barytonem lirycznym z duszą romantyka i sercem czołgu, który przejechał przez XX wiek, nie gubiąc ani frazy, ani wiary w piosenkę. Na scenie był dżentelmenem, a poza nią – bohaterem, który ratował Żydów w czasie wojny i… nigdy się tym nie chwalił. Bo Mieczysław Fogg nie musiał – jego repertuar mówił wszystko.
Facet, który śpiewał Warszawie do ucha
Fogg zadebiutował w 1928 roku i szybko okazało się, że jego głos to nie tylko talent, ale i terapia zbiorowa. Śpiewał „Jesienne róże”, „To ostatnia niedziela”, „Zimny drań”, a także „Ta ostatnia niedziela” – hymn smutku, tęsknoty i złamanego serca. Jego interpretacje to było coś więcej niż śpiew – to było wspomnienie kogoś, kto kiedyś kochał naprawdę.
Podczas II wojny światowej nie wyjechał z Polski. Został. Śpiewał w czasie Powstania Warszawskiego, dawał koncerty w schronach, był łącznikiem między ruinami a nadzieją. Po wojnie założył własną wytwórnię płytową i śpiewał dalej – mimo cenzury, mimo zmian ustroju, mimo zmęczenia.
Ciekawostki, które robią z Fogga legendę większą niż jego repertuar
- Uratował kilkunastu Żydów podczas II wojny światowej – za co pośmiertnie otrzymał medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
- Jego głos zachował się na setkach nagrań – ponad 10 tysięcy koncertów w ponad 25 krajach świata!
- Fogg był tak aktywny, że… występował do lat 80., mimo że inni jego rówieśnicy byli już tylko nazwiskami w encyklopedii.
- Założył własną wytwórnię – „Fogg Records”, co w PRL było równie szalone jak prywatny biznes w Korei Północnej.
- W 1969 roku wydał autobiografię „Od palanta do belcanta”, bo nigdy nie bał się autoironii.
- Po jego śmierci jedna z ulic Warszawy otrzymała jego imię, a jego grób stał się miejscem pielgrzymek fanów, którzy twierdzą, że jego „Jesienne róże” nigdy nie więdną.

Śpiewał Polskę, zanim stało się to modne
Mieczysław Fogg to był człowiek z klasą, głosem i misją. Nie celebryta, nie „artysta totalny”, tylko człowiek, który potrafił jedną piosenką przywrócić komuś nadzieję albo rozdzierać serce wspomnieniem. Jego życie to gotowy scenariusz na film – dramatyczny, romantyczny, wojenny i wzruszający.
Zmarł w 1990 roku, mając 89 lat. Zgasił światło w epoce, którą sam współtworzył. Ale wystarczy puścić „To ostatnia niedziela”, by wrócił – z tamtym uśmiechem, tym barytonem i tą niewytłumaczalną magią, która trzymała się go jak refren.
