Jan Parandowski – człowiek, który nauczył Polaków wyobrażać sobie antyk
Gdyby zapytać kilka pokoleń Polaków, jak wyglądał Olimp, kim był Prometeusz albo dlaczego Syzyf wciąż taszczy swój kamień pod górę, istnieje spora szansa, że odpowiedź byłaby trochę grecka, trochę szkolna, ale w dużej mierze… parandowska. Jan Parandowski zrobił bowiem rzecz niezwykłą: wziął świat oddalony od nas o tysiące lat i opowiedział go tak, że bogowie, herosi i antyczne miasta przestali przypominać eksponaty w muzeum. Zaczęli mówić ludzkim głosem.
Urodził się 11 maja 1895 roku we Lwowie, mieście, które samo w sobie było wtedy osobliwym laboratorium kultur, języków i tradycji. Studiował filologię klasyczną i archeologię, podróżował po Grecji, Francji i Włoszech, a antyk nie był dla niego dekoracją ani zbiorem martwych dat. Był sposobem patrzenia na człowieka. Parandowski widział w starożytności nie przeszłość, lecz wielkie archiwum ludzkich ambicji, lęków, namiętności i błędów.
Człowiek, który dał nam Olimp
W 1924 roku ukazała się „Mitologia. Wierzenia i podania Greków i Rzymian”. I tu zaczyna się rzecz interesująca, bo Parandowski nie napisał podręcznika religioznawstwa ani encyklopedii. Napisał opowieść. Dzięki temu Zeus, Apollo, Atena, Odyseusz czy Orfeusz weszli do polskiej wyobraźni właściwie tylnymi drzwiami – przez literaturę.
Można powiedzieć, że Parandowski zrobił dla antyku coś podobnego do tego, co dobrzy popularyzatorzy robią dziś dla fizyki albo biologii: nie uprościł tematu do banału, tylko zbudował most między wiedzą specjalistyczną a zwykłym czytelnikiem. I właśnie dlatego jego „Mitologia” przetrwała znacznie dłużej niż niejeden bardziej uczony podręcznik.
Ale sprowadzanie Parandowskiego do „człowieka od mitologii” byłoby wobec niego dość niesprawiedliwe. Pisał powieści, eseje, szkice podróżnicze i biografie literackie, tłumaczył autorów antycznych, a w 1953 roku opublikował własny przekład „Odysei” Homera. Jego „Alchemia słowa” z 1951 roku do dziś pozostaje jedną z ciekawszych polskich książek o tym, jak właściwie powstaje literatura – o języku, warsztacie, dyscyplinie pisarskiej i tej dziwnej chwili, kiedy myśl zaczyna zamieniać się w zdanie.



Pisarz z medalem olimpijskim
I teraz epizod, który brzmi jak anegdota wymyślona przez kogoś po drugim kieliszku wina, a jest całkowicie prawdziwy.
Jan Parandowski był medalistą olimpijskim.
Nie w biegu, rzucie oszczepem ani zapasach. W czasie igrzysk w Berlinie w 1936 roku odbywały się jeszcze olimpijskie konkursy sztuki, a literatura była jedną z konkurencji. Parandowski zdobył brązowy medal za „Dysk olimpijski”, powieść osadzoną w świecie starożytnej Grecji.
Dzisiaj brzmi to egzotycznie, bo zdążyliśmy przyzwyczaić się do bardzo szczelnego podziału: tu sport, tam literatura, gdzie indziej nauka. Grecy takiego podziału by zapewne nie zrozumieli, a Parandowski również niekoniecznie chciał go uznać. Fascynowała go przecież grecka idea człowieka rozwijającego równocześnie ciało i umysł, więc medal olimpijski za książkę miał w jego przypadku niemal symboliczną elegancję.

Kiedy cały świat pisarza spłonął
Najbardziej dramatyczna karta jego biografii nie wiąże się jednak z antykiem.
Podczas okupacji Parandowski pozostawał w Warszawie i uczestniczył w podziemnym życiu kulturalnym. W czasie powstania warszawskiego spłonęło jego archiwum – wraz z rękopisami i nieopublikowanymi pracami. To jeden z tych momentów, nad którymi warto zatrzymać się na dłużej. Dla pisarza rękopis nie jest przecież po prostu stosem papieru. To miesiące albo lata życia, wersje zdań, skreślenia, projekty książek, myśli zapisane tylko raz.
Parandowski przeżył i pisał dalej. Po wojnie wykładał między innymi na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Nadal kierował Polskim PEN Clubem, którego prezesem został jeszcze w 1933 roku i – z wojenną przerwą – pozostał nim do śmierci.
Jest w tym coś charakterystycznego dla jego rozumienia kultury: książki mogą spłonąć, biblioteki mogą zostać zburzone, ale język i pamięć potrafią zacząć odbudowę wcześniej niż cegły.
Człowiek słowa w państwie cenzury
W 1964 roku nazwisko Parandowskiego znalazło się również pod Listem 34, protestem intelektualistów przeciw ograniczaniu wolności słowa i nasilaniu cenzury w PRL. Dokument liczył zaledwie 64 słowa, ale w realiach tamtego systemu jego podpisanie miało znaczenie daleko większe niż długość tekstu. Parandowski podpisu później nie wycofał.
To dopowiada ważny fragment jego portretu. Człowiek, który całe życie zajmował się Grecją, Rzymem, Homerem i humanizmem, nie uciekał całkowicie od współczesności. Jeżeli traktował kulturę jako przestrzeń wolnej rozmowy człowieka z człowiekiem, cenzura musiała być jej naturalnym przeciwieństwem.
Zmarł 26 września 1978 roku w Warszawie. Miał 83 lata.

Dlaczego warto o nim pamiętać?
Bo Parandowski zrobił coś znacznie ważniejszego niż streszczanie mitów. Nauczył kilka pokoleń Polaków patrzeć na starożytność jak na część własnej kultury. Pokazywał, że Prometeusz, Odyseusz czy Orfeusz nie należą wyłącznie do Greków sprzed dwóch i pół tysiąca lat. Są figurami ludzkich doświadczeń, które ciągle powracają pod innymi nazwami.
A przy okazji zostawił lekcję dotyczącą samego języka. W czasach coraz szybszej komunikacji przypomina, że słowo nie jest tylko nośnikiem informacji. Może być konstrukcją, muzyką, precyzyjnym narzędziem myślenia. I być może właśnie dlatego „Alchemia słowa” jest dziś momentami bardziej aktualna niż w chwili powstania.
Ciekawostki
- Najbardziej znana książka Parandowskiego, „Mitologia”, ukazała się po raz pierwszy w 1924 roku.
- Za „Dysk olimpijski” otrzymał brązowy medal w Olimpijskim Konkursie Sztuki podczas igrzysk w Berlinie w 1936 roku.
- W 1937 roku otrzymał Złoty Wawrzyn Polskiej Akademii Literatury.
- Od 1933 roku, z przerwą wojenną, kierował Polskim PEN Clubem aż do swojej śmierci.
- W czasie powstania warszawskiego utracił swoje archiwum i nieopublikowane rękopisy.
- W 1964 roku podpisał List 34 protestujący przeciw ograniczeniom wolności słowa i polityce cenzury PRL.
- Jego przekład „Odysei” Homera ukazał się w 1953 roku.
Józef Michałek – Radio Awangarda
