Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Od apteki w Grimstad do scen całego świata – historia Henrika Ibsena

Więcej od tego autora

Czas czytania: 4 minuty

Z prowincji ku buntowi

Henrik Ibsen nie wszedł do literatury w białych rękawiczkach. Wszedł raczej bocznym wejściem, z uporem człowieka, który wcześnie zobaczył, jak kruche bywają pozory. Urodził się 20 marca 1828 roku w Skien, a kiedy rodzinę dotknęło bankructwo ojca, bardzo szybko przekonał się, że mieszczański porządek często jest tylko dekoracją z kartonu. Jako piętnastolatek trafił do Grimstad, gdzie pracował jako uczeń aptekarza, uczył się nocami i właśnie tam zaczął pisać. To zresztą bardzo ibsenowskie: zamiast użalać się nad własnym losem, zaczął rozbierać na części cudze złudzenia.

Wyjechał z Norwegii, żeby lepiej ją zrozumieć

Po latach pracy teatralnej w Bergen i Christianii, po nieudanych próbach stworzenia nowoczesnego dramatu narodowego i po finansowej katastrofie norweskiego teatru, Ibsen zrobił coś, co z zewnątrz mogło wyglądać jak ucieczka, a w istocie okazało się znakomitym posunięciem. W 1864 roku wyjechał do Włoch, a później przez 27 lat mieszkał głównie we Włoszech i w Niemczech. Właśnie tam nastąpił jego prawdziwy przełom: najpierw „Brand” i „Peer Gynt”, a potem utwory, które wprowadziły do teatru zupełnie nowy rodzaj bezlitosnej analizy moralnej. Ibsen zrozumiał, że scena nie musi być świątynią patosu. Może stać się salą sekcyjną, w której rozcina się rodzinę, małżeństwo, ambicję, wstyd i społeczny fałsz.

Muzyczna dygresja

Aż korci, żeby dorzucić tu mały muzyczny wtręt, bo przy „Peer Gyncie” trudno się powstrzymać. Rzecz w tym, że do tego dramatu Edvard Grieg napisał muzykę sceniczną na prośbę samego Ibsena, a kiedy utwór trafił na scenę w 1876 roku, spotkali się w nim dwaj norwescy mistrzowie: jeden od słowa, drugi od dźwięku. I to jest naprawdę niezwykła mieszanina, bo Ibsen daje opowieści rozmach, ironię i niepokój, a Grieg dopowiada do tego pejzaż, rytm, nastrój i coś jeszcze — ten szczególny rodzaj północnej przestrzeni, który słychać nawet wtedy, gdy nie zna się fabuły. Zresztą posłuchajcie sami. Nawet jeśli „Peer Gynta” nie znacie, to bardzo możliwe, że ta muzyka już kiedyś do was przyszła — może jako „Poranek”, może jako „W grocie Króla Gór”, a może jako jedna z tych melodii, które od razu otwierają w wyobraźni jakiś dalszy, chłodniejszy i bardziej baśniowy świat. Krótko mówiąc, całość robi ogromne wrażenie, a „Pieśń Solveig” to już w ogóle rozkłada człowieka na łopatki.

Kiedy Nora trzasnęła drzwiami

Prawdziwy międzynarodowy przełom przyniósł „Dom lalki” z 1879 roku. Wtedy właśnie Ibsen stał się pisarzem, którego nie dało się już grzecznie odłożyć na półkę. Nora Helmer, odchodząc od męża i dzieci, nie tylko opuszcza dom — ona wysadza w powietrze całą wygodną opowieść o tym, że kobieta ma być ozdobą dobrze urządzonego salonu. A Ibsen na tym nie poprzestał. W „Upiorach” z 1881 roku uderzył jeszcze mocniej, pokazując hipokryzję, skażone dziedzictwo i cenę, jaką płaci się za życie w kłamstwie. Potem przyszły kolejne ciosy: „Dzika kaczka”, „Rosmersholm”, „Hedda Gabler”. Im bardziej mieszczaństwo chciało uchodzić za porządne, tym celniej Ibsen wkładał palec w ranę.

Nie pisał o bohaterach, tylko o nas

I właśnie na tym polega jego siła. Henrik Ibsen nie potrzebował królów, rycerzy ani legendarnych herosów, bo wiedział, że najdotkliwsze katastrofy rozgrywają się przy stole, w sypialni, w kancelarii, za zasłoniętymi firankami. Był pionierem nowoczesnego dramatu realistycznego, ale nie takiego, który jedynie „odtwarza życie”. On życie demaskował. Po powrocie do Norwegii w 1891 roku pisał jeszcze przez kilka lat, aż do udaru w 1900 roku. Zmarł w 1906 roku w Kristianii. Zostawił po sobie teatr, po którym nie da się już niewinnie klaskać. Po Ibsenie widz wychodzi z sali odrobinę mniej pewny siebie — i bardzo dobrze, bo właśnie o to mu chodziło.

Ciekawostki

Ibsen zadebiutował dramatem „Catilina” w 1850 roku, a napisał go jeszcze jako bardzo młody człowiek, zanim na dobre wszedł w świat teatru. Już wtedy było widać, że bardziej niż spokojna opowieść interesuje go konflikt, napięcie i pęknięcie w człowieku.

„Dom lalki” od początku zapowiadał się na rzecz głośną, także w sensie wydawniczym. Planowany nakład pierwszego wydania był jak na dramat bardzo duży, co pokazuje, że przeczuwano, iż to nie będzie sztuka, która przejdzie bez echa.

Henrik Ibsen był kilkakrotnie nominowany do Literackiej Nagrody Nobla, ale nigdy jej nie otrzymał. Historia literatury zna zresztą takie przypadki aż za dobrze — nagrody nie zawsze trafiają tam, gdzie naprawdę zostaje trwały ślad.

Przez ostatnie lata życia mieszkał w Kristianii, dzisiejszym Oslo, w domu, który obecnie działa jako muzeum. To właśnie tam spędził końcowy okres życia i pracował nad ostatnimi utworami.

Jego syn, Sigurd Ibsen, odegrał ważną rolę w norweskim życiu politycznym, co samo w sobie jest dość niezwykłe: ojciec rozmontowywał społeczne złudzenia na scenie, a syn współtworzył nowoczesne państwo w realnym świecie.

Dlaczego warto o nim pamiętać?

Bo Ibsen uczynił z teatru narzędzie intelektualnej bezczelności. Pokazał, że najbardziej niebezpieczne nie są wielkie tyranie z podręczników, lecz codzienne kłamstwa, które człowiek powtarza sobie tak długo, aż zaczyna brać je za własny charakter. A to już nie jest tylko literatura. To diagnoza, która wcale się nie zestarzała.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze