Robert E. Howard – człowiek, który wymyślił barbarzyńcę silniejszego od własnego losu
W małym teksańskim Cross Plains maszyna do pisania potrafiła hałasować jak kuźnia, a przy niej siedział człowiek, który nie wyglądał na przyszłego ojca jednego z najpotężniejszych mitów popkultury. Robert E. Howard nie miał za sobą wielkich uniwersytetów, salonów literackich ani modnych manifestów. Miał za to obsesję historii, boksu, przemocy, honoru, dawnych cywilizacji i świata, w którym człowiek musi sam sprawdzić, ile jest wart, kiedy znikają dekoracje cywilizacji.
Urodził się w 1906 roku w Peaster w Teksasie jako syn lekarza Isaaca Howarda i Hester Jane Howard. Dzieciństwo spędzał w miejscach, gdzie opowieści nie pachniały biblioteką, tylko kurzem, ropą, biedą, chorobą i męskimi legendami opowiadanymi przy byle stole. I może właśnie dlatego jego literatura miała taki puls: Howard nie pisał fantasy jak eleganckiej ucieczki od świata, ale jak brutalny powrót do jego najstarszych instynktów.
Pulp, czyli literatura pisana na pełnym biegu
Pierwszy sukces przyszedł wcześnie, choć bez fanfar. W 1925 roku, mając zaledwie dziewiętnaście lat, Howard opublikował w „Weird Tales” opowiadanie „Spear and Fang”. Dostał za nie niewielkie pieniądze, ale dla młodego autora było to coś więcej niż honorarium: dowód, że jego wyobraźnia może wejść do druku, a stamtąd już prosto do czyjejś głowy.
Potem pisał jak człowiek, który wie, że czasu nie ma w nadmiarze. Tworzył horrory, westerny, opowieści bokserskie, przygodowe, historyczne, fantastyczne i dziwne hybrydy gatunkowe, które dziś nazwalibyśmy bez mrugnięcia okiem literaturą pulp. Wtedy była to literatura tanich magazynów, drukowana na kiepskim papierze, kupowana dla emocji, a nie dla akademickiego namaszczenia. I bardzo dobrze, bo Howard najlepiej oddychał tam, gdzie tekst miał być szybki, mocny i trochę niebezpieczny.
Conan, czyli barbarzyńca, który wyszedł z Teksasu
Największy przełom przyszedł w 1932 roku, kiedy w „Weird Tales” ukazał się „The Phoenix on the Sword” – pierwsze opowiadanie o Conanie. I tu zaczyna się literacka alchemia. Howard wziął dawne cywilizacje, mity, historię, lęk przed dekadencją imperiów, własną fascynację siłą oraz samotnością i stworzył Epokę Hyboryjską – świat niby wymyślony, a jednak dziwnie znajomy, jakby był snem człowieka, który za dużo czytał o upadkach królestw.
Conan nie był grzecznym bohaterem do szkolnej czytanki. Był złodziejem, wojownikiem, najemnikiem, piratem, wodzem i królem. Nie ufał filozofom, kapłanom ani urzędnikom, co – przyznajmy uczciwie – w literaturze bywa czasem oznaką zdrowego rozsądku. Ale nie był też prostym osiłkiem. Conan Howarda to instynkt przetrwania ubrany w mięśnie, miecz i pogardę dla zakłamanej cywilizacji.

Miecz, magia i samotność autora
Howard stworzył coś, co później nazwano sword and sorcery, czyli „mieczem i magią”. Gatunek ten nie potrzebował elfich genealogii ciągnących się przez trzy tomy przypisów. Potrzebował człowieka, który wchodzi do ruin, spotyka czarnoksiężnika, demona albo tyrana i sprawdza, czy stal jest argumentem ostatecznym. Brzmi prosto? Owszem. Ale dobra prostota bywa trudniejsza niż intelektualna mgła.
Jednocześnie w Howardzie było pęknięcie. Z jednej strony pisał historie pełne energii, ruchu i gwałtowności, z drugiej – sam żył pod ciężarem lęków, zależności emocjonalnej od chorej matki i poczucia osobnej egzystencji. Jego życie skończyło się tragicznie 11 czerwca 1936 roku, gdy miał tylko trzydzieści lat. Po informacji, że jego matka nie odzyska przytomności, odebrał sobie życie. To fakt bolesny, którego nie trzeba ozdabiać. Wystarczy go powiedzieć ciszej.



Ciekawostki
- Robert E. Howard stworzył nie tylko Conana, ale także Kulla z Atlantydy, Solomona Kane’a, Brana Mak Morna, El Boraka i Steve’a Costigana.
- Pierwsze opowiadanie o Conanie, „The Phoenix on the Sword”, było przeróbką wcześniejszej historii o Kullu, zatytułowanej „By This Axe I Rule!”.
- Howard korespondował z H.P. Lovecraftem, a ich listy należą dziś do ważnych dokumentów kultury pulp i weird fiction.
- Lubił boks i sam trenował, co widać w rytmie jego scen walki – tam ciosy nie są dekoracją, tylko interpunkcją.
- Jego dom w Cross Plains istnieje dziś jako Robert E. Howard Museum, a miłośnicy jego twórczości spotykają się tam podczas Howard Days.

Dlaczego warto o nim pamiętać?
Bo Howard udowodnił, że wielkie mity nie zawsze rodzą się w marmurowych bibliotekach. Czasem powstają w małym pokoju, przy maszynie do pisania, w głowie człowieka, który czuje, że świat jest zbyt ciasny dla jego wyobraźni. Conan przetrwał komiksy, filmy, gry, ilustracje, kolejne wydania i dziesiątki kontynuacji, ale jego źródło było bardzo konkretne: samotny młody pisarz z Teksasu, który pisał tak, jakby każda historia była pojedynkiem.

Howard zostawił po sobie literaturę gwałtowną, nierówną, czasem przesadzoną, lecz żywą. A to wcale nie jest mało. Bo wielu autorów pisze poprawnie, elegancko i martwo. Howard pisał tak, jakby za drzwiami naprawdę stał barbarzyńca z mieczem i nie miał cierpliwości do długich wstępów.
