Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Ostatni baron, który potrząsał puszką

Więcej od tego autora

Czas czytania: 4 minuty

Najpierw słychać głos

Najpierw słychać głos. Trochę aksamitny, trochę rozkazujący, jakby ktoś otworzył ciężkie drzwi do salonu, w którym fortepian ma więcej do powiedzenia niż połowa obecnych. Jerzy Waldorff nie był po prostu krytykiem muzycznym, publicystą i pisarzem. Był zjawiskiem scenicznym, nawet gdy siedział przy radiowym mikrofonie albo pisał felieton. Należał do tego rzadkiego gatunku ludzi, którzy potrafią zamienić gust w instytucję, a irytację wobec bylejakości w pełnoprawny program obywatelski. Urodzony w 1910 roku w Warszawie, zmarły w 1999 roku, przeszedł przez cały niemal wiek XX jak człowiek, który z jednej strony kocha kulturę wysoką, a z drugiej wie, że sama kultura nie obroni się bez krzeseł, pieniędzy, ludzi i czasem zwykłej puszki na datki.

Muzyka, czyli elegancki sposób mówienia: proszę się obudzić

Waldorff studiował prawo, uczył się muzyki, ale ostatecznie wybrał rolę pośrednika między partyturą a publicznością. I bardzo dobrze, bo paragrafy straciły zapewne przeciętnego prawnika, natomiast muzyka zyskała popularyzatora z temperamentem teatralnym. Pisał o muzyce tak, jakby nie była ona szacownym zabytkiem w gablocie, lecz żywym organizmem: kapryśnym, olśniewającym, czasem nieznośnym, ale wartym wszystkich awantur. W książkach takich jak „Sekrety Polihymnii”, „Ciach go smykiem!”, „Wielka gra. Rzecz o Konkursach Chopinowskich” czy „Serce w płomieniach – słowo o Szymanowskim” nie ustawiał się w pozycji kapłana od nut. Raczej brał czytelnika za łokieć i mówił: „Proszę posłuchać uważniej, bo tu się właśnie dzieje coś znacznie ciekawszego niż pańskie codzienne kłopoty”.

Frak, cień i rachunek sumienia

Waldorff bywa opowiadany jak postać z lepszego, bardziej stylowego świata: głos, maniery, jamnik Puzon, muzyka, Powązki, wielkie nazwiska. Tyle że każda porządna biografia, jeśli nie jest robiona z cukru pudru, ma także miejsca chropowate. Przed wojną związany był ze środowiskami narodowymi, a jego publicystyka z końca lat trzydziestych zawierała również teksty, które dzisiaj trzeba nazwać jasno: antysemickie. Jednocześnie potrafił zerwać ze środowiskiem, gdy nie akceptował jego coraz ostrzejszego antysemityzmu. To nie jest wygodna sprzeczność, ale właśnie dlatego warto ją zostawić w obrazie, zamiast lakierować portret na wysoki połysk. Waldorff nie był porcelanowym świętym kultury. Był człowiekiem swojej epoki, ze wszystkimi jej napięciami, błędami, odruchami i późniejszymi gestami, które nie unieważniają win, ale komplikują łatwe wyroki.

Powązki: wielka lekcja z małej puszki

Najbardziej obywatelski gest Waldorffa miał w sobie coś genialnie prostego. Zamiast wygłaszać kolejny lament nad zaniedbanymi grobami ludzi zasłużonych, założył Społeczny Komitet Opieki nad Starymi Powązkami i doprowadził do corocznych kwest na ratowanie zabytkowych nagrobków. To był pomysł niemal bezczelny w swojej skuteczności: jeśli pamięć narodowa jest ważna, to proszę bardzo — niech ma twarz konkretnego człowieka stojącego przy bramie cmentarza, niech brzęczy monetą, niech wymaga wysiłku. Waldorff zrozumiał coś, czego wielu dostojnych mówców nie pojmuje do dziś: tradycja nie przetrwa od przemówień. Tradycja przetrwa wtedy, gdy ktoś przyjdzie, odśnieży, odnowi, zapłaci, przypilnuje i jeszcze namówi innych, żeby zrobili to samo.

Pięć ciekawostek, które odsłaniają Waldorffa z mniej oczywistej strony

  • Choć często nazywano go baronem i arystokratą, sam protestował przeciwko takim określeniom, mimo że jego styl życia i sposób bycia chętnie podsuwały legendzie wygodny fotel.
  • Biegle znał francuski, angielski i niemiecki, co w jego przypadku nie było ozdobą salonową, lecz narzędziem prawdziwego uczestnictwa w kulturze europejskiej.
  • Po wojnie pomagał przy redagowaniu wspomnień Władysława Szpilmana, wydanych w 1946 roku pod tytułem „Śmierć miasta”.
  • W 1976 roku został usunięty z Polskiego Radia po podpisaniu protestu środowiska muzycznego przeciw zmianom w konstytucji PRL.
  • Przez lata towarzyszyły mu jamniki o imieniu Puzon, które stały się niemal częścią jego publicznego wizerunku — bo jeśli krytyk muzyczny ma mieć psa, to oczywiście nie Burka, tylko Puzona.
Ławeczka Jerzego Waldorffa w Słupsku

Po co nam dzisiaj Waldorff?

Waldorff jest potrzebny nie jako pomnik, lecz jako kłopotliwe przypomnienie, że kultura wymaga charakteru. Nie wystarczy ją lubić, cytować i ozdabiać nią uroczystości. Trzeba czasem zawalczyć o cmentarz, o pamięć, o muzykę, o standard rozmowy, o smak, który nie jest snobizmem, tylko formą oporu przeciw duchowej tandecie. Można się z Waldorffem spierać, można mu wypominać, można podziwiać jego skuteczność i drażnić się jego teatralnością. Ale trudno odmówić mu jednego: umiał zamienić własną osobowość w narzędzie działania. A to rzadka sztuka. Zwłaszcza dziś, gdy tak wielu ludzi ma poglądy, a tak niewielu potrafi z nich zrobić coś trwalszego niż wpis w internecie.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze