Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

„Pani od polskiego” – obraz, który mnie urzekł od pierwszych kadrów

Więcej od tego autora

Czas czytania: 3 minuty

II Bielski Festiwal Filmowy „Lokalne Opowieści” zaskoczył mnie na wielu płaszczyznach. Po pierwsze tym, że w ogóle był. Tak słabo rozreklamowanej – a dosadnie ujmując – w ogóle nie rozreklamowanej, skądinąd świetnej imprezy, to już dawno nie widziałam. (A zdziwienie tym większe, że nie miałam bladego pojęcia o pierwszej edycji z ubiegłego roku. Dosłownie nie widziałam, bo do oglądania się to przecież sprowadza.) I może na tym „po pierwsze” się zatrzymam, bo nie do festiwalu w ogóle chcę się odnieść, a do pierwszego z filmów, który tenże festiwal otwierał – „Pani od polskiego” Radosława Piwowarskiego. Reżyser „Jana Serce”, jednego z niewielu moich ulubionych seriali (bo seriali z założenia nie lubię), stworzył coś, co mnie urzekło od drugiego momentu. Od drugiego, bo w pierwszym, tuż po głosie z offu, myślę sobie: co jest, co za gie zaraz się zacznie. I w tym momencie zaczęła się magia. Bo to bez wątpienia była magia na ekranie. 

Autorka tekstu z reżyserem

„Pani od polskiego” jest obrazem rzeczywistości z peryferiów okupacji, bo przedstawia sytuację ludzi pracujących na rzecz Niemiec u tzw. bauerów. Echa wojny tu wprawdzie docierają, ale jako echa. Tragizm bohaterów jest mniej tragiczny, niż by się wydawało, że był, a sielanka wiejskich terenów – sielankowa. Ach te kolory, te malownicze zakątki, brzydota granicząca z pięknem! To jak rdza na misce zamiast talerza, jak rozpadające się krzesło, wózek dziecięcy, który boskim cudem spełnia swoją funkcję – dla właścicieli będą elementami do wymiany, dla artysty – przyczynkiem do dzieła sztuki w obrazach. Oglądając miałam wrażenie, że każdy kadr był starannie planowany, tak w wersji kompozycyjnej, jak i kolorystycznej. Prymitywizm realiów – rzetelnie oddany, to muszę przyznać – jednocześnie miał jakiś wyjątkowy wymiar artystyczny. I temu nie mogłam się oprzeć.  

Tytułowa pani w filmie – opartym wiernie na rzeczywistych wspomnieniach – jest panią od polskiego. Dość „charakterną” kobietą, pełną uroku ale i niezwykłej siły, graniczącej z… nieostrożnością? – to mało powiedziane, z szaleństwem raczej. Jak sam reżyser powiedział po filmie, zdarzają się zarzuty w jego stronę, że wymyślił nieprawdopodobne zdarzenia. Ale nie – to są fakty, jak choćby ostre reakcje Elizy na złe traktowanie przez gospodarzy, bo jakże się tak sprzeciwiać Niemcom – zdałoby się zapytać? Albo jak osoba silna, mądra i wykształcona może pójść za ukochanym na tułaczkę i wykańczającą pracę, w dodatku z maleńkim dzieckiem? A no może, skoro to zrobiła, a Piwowarski zdecydował się wiernie oprzeć fabułę na faktach z życia nie tylko rzeczywistej Elizy, ale i innych kobiet z tamtego czasu. 

Największą jednak siłą, w mojej ocenie, jest konsekwentnie, ale dyskretnie, wprowadzona formuła surrealizmu w filmie – od pierwszych do ostatnich scen. I to chyba przede wszystkim mnie zaczarowało. Właśnie ta cienka, subtelna nuta surrealizmu, która wszystko spaja – i te sceny z pozoru wydumane (a już wiemy, że zgodne z faktami), i delikatnie przejaskrawione zachowania postaci, te mrugnięcia oczkiem do widza, choćby w scenie z wózkiem rodem z odeskich schodów „Pancernika Potiomkina”, poprzez parodię Hitlera, która to postać niejako się rozwija i w końcowych swoich scenach jest żywcem zdjętą skórą z Wodza, po owych kilka wypowiedzi z offu – narratora, zaznaczającego swoją obecnością dorosłego Adama, syna pani od polskiego. 

Czy reżyser świadomie zakotwiczył swój film w mgiełce surrealizmu? Zapewne, bo nie wyobrażam sobie tak konsekwentnie prowadzonej narracji, gdyby to miał być przypadek. Ale… dlaczego w którejś z publicznych wypowiedzi pada  stwierdzenie, że jest to film historyczny – tego nie rozumiem. Czy każdy obraz – odnoszący się do faktów, zwłaszcza oparty na tak doniosłych aktach historii jak wydarzenia II wojny światowej – musi być wpasowany w kategorię gatunkową, tego zupełnie nie pojmuję. To jest ogromne nie tylko uproszczenie, ale zawężenie. A film Piwowarskiego jest po części autorski, po części artystyczny, po części – również – historyczny, czyli wymykający się jednoznacznemu wpasowaniu w jakiekolwiek oczywiste ramy. 

Ale powiedzmy, że to drobiazg, który nie ma żadnego znaczenia w odbiorze całości, bo film jako taki się broni, mimo niezbyt pochlebnych recenzji, które widzę. I to mnie zastanawia jeszcze bardziej – naprawdę, państwo krytycy, to nie jest dobry film? Podobnie  jak „Jan Serce”, jeden z nielicznych seriali, które w ogóle oglądałam i oglądam, ilekroć jest wznawiany w telewizji, to również słaby film? Pobieżny rzut okiem na inne filmy Piwowarskiego – naprawdę?… Piwowarski robi słabe filmy? Albo ja tu czegoś nie rozumiem, albo na stare lata zacznę wierzyć w teorie spiskowe…

Tak czy inaczej – „Pani od polskiego” jest piękną i spójną opowieścią na wielu płaszczyznach, zwłaszcza artystycznych.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze