Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Zamiast Paryża – Tahiti. Paul Gauguin i jego bunt pędzlem pisany

Więcej od tego autora

Czas czytania: 3 minuty

Paul Gauguin – malarz, który rzucił wszystko i wyjechał… na Tahiti (z pędzlem i kryzysem egzystencjalnym)

7 czerwca 1848 roku w Paryżu urodził się Paul Gauguin, który mógł zostać całkiem przyzwoitym maklerem giełdowym, ale niestety – jak to bywa z artystami – poszedł w stronę koloru, nędzy i osobliwego geniuszu. Zaczynał od krawata i kantów w spodniach, ale w wieku 35 lat porzucił karierę w finansach, żonę, dzieci, wygodne mieszkanie i… ruszył tropikalną drogą, która zaprowadziła go aż do Polinezji Francuskiej.

To właśnie Gauguin, z tym swoim uporem i bujnym ego, zrobił z malarstwa egzotyczną rewolucję. Odrzucił realizm, przeszedł przez impresjonizm z grymasem znudzenia i wpadł w objęcia postimpresjonizmu z paletą pełną nasyconych kolorów i niepokojących spojrzeń kobiet z Tahiti. I choć przez lata był uznawany za outsidera i dziwaka, dziś jego obrazy wiszą w największych muzeach świata, a ceny idą w dziesiątki milionów dolarów. Ironia? Nie, to po prostu klasyka z opóźnionym zapłonem.

Od garnituru do pareo – podróż w głąb malarskiego chaosu

Gauguin nie był typowym artystą z Montmartre’u. Był marynarzem, maklerem, kolekcjonerem sztuki i amatorem malowania po godzinach – aż w końcu uznał, że świat go dusi. Porzucił wszystko, co miał i zamienił hałas Paryża na dżunglę, gdzie mógł malować boso, rozmawiać z duchami i poszukiwać „prawdziwego człowieka” bez zegarka i codziennego rozkładu jazdy.

Na Tahiti i Markizach szukał raju utraconego, a znalazł tubylcze mity, biedę, choroby weneryczne i niesamowitą inspirację. I właśnie tam stworzył swoje najważniejsze dzieła: kolorowe, płaskie, pełne symbolizmu i duchowego napięcia obrazy, które przypominały nie tyle rzeczywistość, co halucynację na płótnie.

Ciekawostki z życia człowieka, który miał pędzel w jednej ręce, a rewolucję estetyczną w drugiej

  • Zanim został artystą, pracował jako agent giełdowy w Paryżu i całkiem nieźle zarabiał. Gdyby nie kryzys finansowy w 1882 roku, może nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że istnieje coś takiego jak „Żółty Chrystus”.
  • Zaprzyjaźnił się z Vincentem van Goghiem, ale ich wspólne mieszkanie w Arles zakończyło się katastrofą, nożem, uchem i odrobiną szaleństwa. Gauguin wyjechał, a Van Gogh… cóż, odciął.
  • Na Tahiti malował kobiety, boginie, sceny z mitów, ale też realia kolonialnego życia, które próbował rozumieć i romantyzować jednocześnie.
  • Nigdy nie był całkiem zdrowy, ani fizycznie, ani psychicznie. Cierpiał na kiłę, reumatyzm, depresję – ale malował, jakby sam Bóg kazał mu nie przestawać.
  • Zmarł w 1903 roku na Markizach, samotny i schorowany, ale zostawił po sobie dziedzictwo, które zainspirowało fowistów, symbolistów i całe pokolenia malarzy szukających czegoś więcej niż tylko światłocienia.
  • Dziś jego prace osiągają zawrotne ceny – jedno z jego płócien zostało sprzedane za ponad 200 milionów dolarów. A on sam za życia… sprzedawał obrazy jak ulotki.

Gauguin – geniusz, który nie miał filtra (ani społecznego, ani kolorystycznego)

Paul Gauguin był jak zderzenie kultury z intuicją, filozofii z pragnieniem i sztuki z odwagą bycia poza. Nie interesowało go, co wypada – interesowało go, co boli, co fascynuje, co ma smak życia i śmierci.
I choć dziś mówi się o jego moralnych grzeszkach (których sporo), nie sposób zaprzeczyć, że był jednym z tych artystów, którzy zmienili bieg historii sztuki. Nie przez technikę, ale przez odwagę w podejściu do tematu i koloru.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze