Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Ironia, cisza i lęk przed świtem – świat widziany oczami Larkina

Więcej od tego autora

Czas czytania: 3 minuty

Philip Larkin – poeta, który bał się życia, ale trafiał w jego sedno

Są twórcy, którzy krzyczą, gestykulują, skaczą po scenie. I jest Philip Larkin – człowiek, który wyglądał tak, jakby najbardziej na świecie cenił święty spokój, a mimo to potrafił jednym wersem przeciąć zasłonę codzienności ostrzej niż niejedna epopeja. Brytyjski bibliotekarz z Hull, mizantrop o delikatnym sercu, mistrz ironii, który wolał obserwować świat z ukosa, jakby z dystansem chciał sprawdzić, czy to wszystko ma choć odrobinę sensu.

Poeta, który zamieszkał w bibliotece i już z niej nie wyszedł

Larkin nie był typem pisarza wędrującego po świecie z notatnikiem w kieszeni. Wolał czytelnię, cichy gabinet, rytm kartkowanych książek. Przez trzy dekady kierował biblioteką Uniwersytetu w Hull i to właśnie tam, w tej samotniczej fortecy, powstawały wiersze, które dziś uchodzą za jedne z najważniejszych w powojennej poezji brytyjskiej – także w polskich wyborach takich jak „Śnieg w kwietniową niedzielę. 44 wiersze”.

Miał talent do wydobywania piękna z miejsc absolutnie niepoetyckich: wagonów kolejowych, biur, uliczek prowincji. Patrzył na życie zwykłych ludzi jak na teatr bez dekoracji, ale z emocjami, których nie da się udawać. W tomie „Wysokie okna” (High Windows) widzimy to szczególnie wyraźnie – świat codzienny u Larkina jest zawsze bohaterem pierwszoplanowym.

Chłodna ironia, ciepła melancholia

Choć w listach bywał ostry, w opiniach cyniczny, a w życiu raczej nieufny wobec ludzi, jego poezja nie działa jak nóż, tylko jak powolne odkrywanie tego, co wszyscy czujemy, ale rzadko potrafimy nazwać. Larkin umiał opisać samotność w związku, lęk przed przyszłością, tęsknotę za czymś, co nigdy nie nadejdzie, i robił to z suchym uśmiechem człowieka, który wie, że życie to nie arcydzieło – ale czasem wygląda, jakby bardzo chciało nim być.

W wierszu „Alba (Aubade)” – porannej pieśni o strachu przed śmiercią – mówi wprost, że budzi się o świcie z myślą o nieuchronnym końcu. Bez metafizycznych pocieszeń, bez dekoracji. Emocje podane są bez patosu, prawda bez krzyku. Jakby chciał nam powiedzieć: „Spokojnie, każdy się boi. Ja też”.

Tyram cały dzień, potem piję, żeby zasnąć.
O czwartej budzę się w bezgłośny mrok i patrzę.
Za jakiś czas firanki ponakłuwa jasność.
Na razie widzę to co jest właściwie zawsze:
Nie znającą spoczynku śmierć, w tej chwili bliższą
O cały jeden dzień, śmierć, która poza myślą
O tym, jak, gdzie i kiedy będę sam umierał.

Człowiek sprzeczności

Larkina lubi się wkładać do szuflady „mizantrop”, „samotnik”, „czarnowidz”. A jednak ci, którzy znali go bliżej, podkreślali, że miał niezwykłe poczucie humoru i wrażliwość cienką jak papier, na którym pisał. Uwielbiał jazz, pisał recenzje muzyczne, kolekcjonował płyty, słuchając ich z nabożną uwagą. Nawet w muzyce szukał struktury uczuć, rytmu, z którego da się wyczytać coś o człowieku.

Był jednocześnie klasyczny i przewrotny: używał prostego języka, ale pod tą prostotą zawsze siedział skomplikowany niepokój.

Dlaczego warto o nim pamiętać?

Bo Larkin – w świecie pełnym głośnych narracji – uczy, że cisza też jest formą prawdy. Że melancholia bywa bardziej przenikliwa niż entuzjazm. I że czasem wystarczy jedno zdanie, by zobaczyć siebie w zupełnie nowym świetle. To poeta, który nie udawał bohatera, nie szukał pomników. Obserwował, notował, drwił – i trafiał w punkt. A jego wiersze, nawet te chłodne, zawsze są o nas.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze