Aparat jako podejrzliwy filozof
Zanim człowiek nauczył się robić selfie z miną „przypadkiem wyglądam genialnie”, Philippe Halsman już wiedział, że twarz jest najstarszym filtrem świata. Nie wygładza zmarszczek, lecz intencje; nie poprawia światła, lecz własną legendę. Halsman nie fotografował więc tylko ludzi — fotografował ten delikatny moment, w którym człowiek jeszcze próbuje panować nad sobą, ale aparat już zaczyna podejrzliwie mrugać. Urodzony w Rydze w 1906 roku, zmarły w Nowym Jorku w 1979, przeszedł drogę od europejskiego outsidera do jednego z najważniejszych portrecistów XX wieku. International Center of Photography opisuje go jako amerykańskiego artystę urodzonego na Łotwie, a jego własna autobiografia pokazuje, że fascynacja ludzką twarzą zaczęła się bardzo wcześnie — od starego aparatu znalezionego w domu i magicznego momentu wywoływania pierwszej fotografii. Halsman nie był więc tylko rzemieślnikiem od ładnych ujęć. Był kimś w rodzaju łagodnego przesłuchującego: nie torturował, nie moralizował, tylko ustawiał światło i czekał, aż człowiek na sekundę przestanie udawać pomnik.
Proces, który mógł złamać człowieka
Biografia Halsmana ma w sobie ten ponury europejski składnik, bez którego XX wiek najwyraźniej nie umiał się obejść: absurd, przemoc instytucji i antysemityzm w eleganckim opakowaniu procedury. W 1928 roku, po śmierci ojca podczas wyprawy w austriackim Tyrolu, Halsman został oskarżony o morderstwo i skazany; o jego uwolnienie zabiegali między innymi Albert Einstein, Thomas Mann i Sigmund Freud. Po wyjściu z więzienia trafił do Paryża, gdzie otworzył studio przy rue Delambre, fotografował pisarzy i artystów, pracował dla magazynów, a nawet zaprojektował własny aparat dwuobiektywowy 9 × 12 cm. I tu zaczyna się rzecz najciekawsza: człowiek niesprawiedliwie wepchnięty w rolę oskarżonego zostaje później mistrzem wydobywania prawdy z cudzej twarzy. Życie bywa literackie, choć zwykle bez pytania autora o zgodę.

Ameryka, „Life” i wielka gimnastyka ego
Kiedy w 1940 roku uciekał z Europy do Stanów Zjednoczonych, pomogła mu interwencja Einsteina i Emergency Rescue Committee; do Nowego Jorku przywiózł właściwie aparat, kilka odbitek i bardzo nieporęczny bagaż doświadczeń. Potem przyszły okładki magazynu „Life” — według archiwum Halsmana było ich 101 — oraz współpraca z Salvadorem Dalím, rozpoczęta w 1941 roku i trwająca aż do 1978. Najsłynniejszym pomysłem Halsmana stała się „jumpology”: prosił znane osoby, by podskoczyły, bo w skoku człowiek traci kontrolę nad teatralną maską własnej powagi. Magnum Photos podaje, że jego „Jump Book” zawierał 191 czarno-białych fotografii skaczących osób, a sam Halsman traktował ten gest jako narzędzie psychologicznego portretu. Cóż za bezczelnie prosta metoda: zamiast pytać człowieka, kim jest, każ mu walczyć z grawitacją. Ego robi wtedy minę, jakby właśnie zgubiło instrukcję obsługi.



Ciekawostki, które dobrze doświetlają Halsmana
- W 1951 roku Halsman został pełnoprawnym członkiem agencji Magnum Photos, zaproszony przez Davida „Chima” Seymoura.
- W 1958 roku magazyn „Popular Photography” zaliczył go do dziesięciu największych fotografów świata.
- Jego słynne zdjęcie Dalí Atomicus z 1948 roku znajduje się w kolekcji MoMA jako odbitka żelatynowo-srebrowa.
- Po polsku ukazała się książka Martina Pollacka Ojcobójca. Sprawa Filipa Halsmanna, reportaż o procesie, który zaważył na jego życiu; wydanie polskie podaje tłumacza Andrzeja Kopackiego i serię Sulina.

Portret jako mała zdrada pozoru
Halsman zostawił po sobie coś ważniejszego niż galerię znanych twarzy. Zostawił podejrzenie, że portret nie jest ozdobą biografii, lecz małym eksperymentem z prawdą. Fotografował ludzi sławnych, pięknych, groźnych, inteligentnych, oblepionych legendą jak pomnik gołębimi śladami, a jednak próbował znaleźć pod tym wszystkim człowieka. Nie przypadkiem uważał, że sesja portretowa jest sytuacją sztuczną i że fotograf musi pomóc modelowi odsłonić siebie. W czasach, gdy każdy nosi w kieszeni aparat i ma prywatne ministerstwo autopromocji w telefonie, Halsman staje się dziwnie aktualny. Może właśnie dlatego jego lekcja jest tak niewygodna: nie chodzi o to, żeby dobrze wyglądać. Chodzi o to, żeby przez moment nie zdążyć się obronić przed własną prawdą.
