Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Pilch – kaznodzieja kaca i łaski

Więcej od tego autora

Czas czytania: 4 minuty

Zaczęło się od Wisły, ale nie tej z pocztówki

Jerzy Pilch przyszedł na świat w Wiśle w 1952 roku, czyli w miejscu, które w polskiej wyobraźni zwykle pachnie świerkiem, pensjonatem i herbatą z cytryną, a u niego zaczęło pachnieć metafizyką, luteranizmem, gadaniną rodzinną, śmiercią, alkoholem, Ewangelią, sportem i tym specyficznym rodzajem śmiechu, który nie jest wesołością, tylko ostatnim bastionem człowieka przyciśniętego do ściany. Pilch był pisarzem osobnym: niby z Krakowa, niby z „Tygodnika Powszechnego”, niby z wielkiej polskiej felietonistyki, ale tak naprawdę z własnej składni. Tam, gdzie inni budowali zdanie jak domek jednorodzinny, on stawiał barokowy kościółek z dzwonnicą, konfesjonałem i punktem sprzedaży gazet. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, był prozaikiem, felietonistą, dramaturgiem i scenarzystą, a jego biografia wygląda jak dowód, że literatura czasem rodzi się z rodzinnego języka, nie z planu kariery.

Kazanie bez ambony, grzech bez instrukcji obsługi

Pilch miał rzadki dar: potrafił pisać o sprawach ciężkich tak, jakby właśnie usiadł z czytelnikiem przy stoliku, zamówił kawę, po czym mimochodem podsunął mu pod nos traktat o upadku człowieka. W jego świecie alkoholizm nie był dekoracją, religia nie była rekwizytem, a śmieszność nie była tanim konfetti rzucanym na smutek. „Pod Mocnym Aniołem” – powieść nagrodzona Nike w 2001 roku – stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich tekstów o piciu, niepiciu, oszukiwaniu siebie i desperackim pragnieniu, by choć raz obudzić się jako ktoś inny. To nie jest książka „o alkoholiku”, bo to byłoby zbyt wygodne, za czyste, za administracyjne. To książka o człowieku, który prowadzi nieustanny proces sądowy przeciwko sobie, a jednocześnie sam sobie dostarcza alibi. Literatura, proszę państwa, też bywa izbą wytrzeźwień – tylko ma lepszą akustykę.

Felietonista, który nie znał trybu „lekko”

W felietonie Pilch był kimś więcej niż komentatorem tygodnia. On z tygodnia robił scenę, z drobiazgu – przypowieść, z przypowieści – awanturę stylistyczną, a z awantury – małą liturgię inteligentnego narzekania. Pisał w „Tygodniku Powszechnym”, później w „Polityce”, „Dzienniku” i „Przekroju”, ale nigdy nie stał się klasycznym dostawcą opinii. Raczej człowiekiem, który co tydzień przynosił czytelnikowi dowód, że rzeczywistość jest podejrzana, lecz nadal nadaje się do opisania. Jego ironia miała ostrze, ale nie była siekierą. Bardziej skalpel, czasem korkociąg, a czasem łyżeczka do herbaty, którą można było wydrążyć tunel w polskiej mentalności. I dlatego Pilch pozostaje jednym z tych autorów, których się nie tylko czyta. Jego się słyszy. Z tym charakterystycznym rytmem zdania, które idzie, zawraca, poprawia kołnierz, po czym nagle trafia w punkt.

Kraków, Wisła i człowiek między ołtarzem a barem

Pilch zbudował własną geografię literacką. Wisła była u niego czymś więcej niż miejscem dzieciństwa, a Kraków czymś więcej niż miastem studiów i redakcji. To były dwie stacje duchowe: jedna związana z pamięcią, rodziną, protestancką surowością i lokalnym mitem, druga z literacką koterią, kawiarnią, redakcją, inteligencją i miejskim teatrem słabości. W tym sensie Pilch pisał nie tyle autobiograficznie, ile topograficznie: jego bohaterowie chodzą po mapie, ale naprawdę poruszają się po sumieniu. Nawet kiedy bywał groteskowy, nie był błahy. Nawet kiedy śmiał się z siebie, nie prosił o litość. A to rzadka umiejętność w kraju, w którym autoprezentacja często waha się między pomnikiem a memem.

5 ciekawostek o Jerzym Pilchu

  • Cztery książki Pilcha znalazły się w finale Nagrody Literackiej Nike: „Tezy o głupocie, piciu i umieraniu”, „Bezpowrotnie utracona leworęczność”, „Pod Mocnym Aniołem” oraz „Moje pierwsze samobójstwo”. „Pod Mocnym Aniołem” wygrało Nike w 2001 roku.
  • „Spis cudzołożnic” został zekranizowany przez Jerzego Stuhra w 1994 roku, a „Pod Mocnym Aniołem” przez Wojciecha Smarzowskiego w 2014 roku. Pilch był więc obecny nie tylko na półkach, ale i na ekranie – choć zapewne ekran musiał się przy jego prozie nieco spocić.
  • Pilch napisał scenariusz do filmu „Żółty szalik” Janusza Morgensterna, jednego z najważniejszych polskich telewizyjnych filmów o alkoholizmie, z Januszem Gajosem w roli głównej.
  • Pisarz otwarcie mierzył się z chorobą Parkinsona, szczególnie w późnych dziennikach i rozmowach, gdzie ciało przestało być tylko tematem literackim, a stało się bezwzględnym redaktorem codzienności.
  • Wisła odkupiła rodzinny dom Pilcha, aby stworzyć tam miejsce związane z jego pamięcią i twórczością. To dość piękny paradoks: pisarz, który tyle razy przerabiał rodzinne okolice na literaturę, sam został częścią krajobrazu.
Mural Jerzego pilcha w Wiśle

Ostatni felieton trwa dłużej niż autor

Jerzy Pilch zmarł 29 maja 2020 roku w Kielcach, mając 67 lat, ale jego zdania nadal zachowują się tak, jakby nie przyjęły tej wiadomości do wiadomości. I dobrze, bo literatura właśnie po to istnieje: żeby człowiek mógł przegrać z czasem, ale wygrać z milczeniem. Pilch nie był pisarzem „ku pokrzepieniu serc”, bo od tego są raczej apteki, orkiestry dęte i przemówienia rocznicowe. Był pisarzem ku niepokojeniu inteligencji. Przypominał, że śmieszność nie unieważnia tragedii, grzech nie wyklucza czułości, a styl nie jest ozdobą myślenia, tylko jego ostatnią linią obrony. I może dlatego czyta się go nadal: nie po to, żeby było lżej, ale żeby ciężar miał formę.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze