Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Światłocień, długi i emocje – historia malarza bez filtra

Więcej od tego autora

Czas czytania: 2 minuty

Rembrandt – mistrz, który nauczył świat, że cień też ma duszę (ur. 15 lipca 1606 w Lejdzie, zm. 4 października 1669 w Amsterdamie) 

Gdyby Rembrandt żył dziś, prawdopodobnie zamiast pędzla trzymałby smartfon z funkcją portretu w trybie nocnym. Ale że przyszło mu malować w XVII-wiecznym Amsterdamie, musiał radzić sobie światłem, cieniem i odrobiną malarskiego geniuszu. Urodzony w 1606 roku Rembrandt van Rijn był nie tylko ikoną baroku, ale też mistrzem emocji w oleju. Serio, nikt tak jak on nie potrafił namalować smutku, godności i resztek obiadu na brodzie w jednym portrecie.

To on uczynił „światłocień” nie tylko techniką malarską, ale filozofią widzenia – uczył, że to, co najważniejsze, czasem kryje się w półmroku. W swoich obrazach i rycinach potrafił zatrzymać moment, który wyglądał, jakby przed chwilą coś się wydarzyło – albo zaraz miało wydarzyć. Nic dziwnego, że był jak Quentin Tarantino swojego czasu – pełen napięcia, dramatyzmu i nieprzewidywalności.

Samotnik ze sztalugą i duszą księgowego

Choć jego twórczość była pełna pasji i dramatyzmu, życie Rembrandta to był raczej rollercoaster w zwolnionym tempie: najpierw sukcesy, potem bankructwo, potem znowu geniusz, ale już bez pieniędzy. Malarz, który stworzył arcydzieła, takie jak „Straż nocna”, przez większą część życia walczył z długami i pogrzebami bliskich. A mimo to malował z taką szczerością, że do dziś czujemy, że jego postaci oddychają.

Rembrandt nie upiększał – jego modelki nie miały filtra wygładzającego cerę, a starcy naprawdę wyglądali jak starcy. I w tym właśnie był cały jego kunszt: pokazywał prawdę, ale robił to tak, że nawet cierpienie miało swój majestat.

Ciekawostki, które pokazują, że Rembrandt był bardziej „ludzkim geniuszem” niż idealnym artystą

  • Namieszał w „Straży nocnej”: zamiast idealnego, symetrycznego portretu gwardii miejskiej, dał widzowi chaos, ruch i… dziewczynkę z kurczakiem.
  • Zbankrutował, mimo że był jednym z najlepiej opłacanych malarzy w Amsterdamie. Kupił za dużo antyków i za drogie ramy – sztuka boli.
  • Namalował około 90 autoportretów, z czego wiele w zaawansowanym wieku – czyli coś w stylu XVII-wiecznego Instagrama, tylko bez filtrów.
  • Zmarł w ubóstwie, pochowany w nieoznaczonym grobie – bo barokowy dramat musiał być kompletny.
  • Miał tylko jednego syna, Tytusa, który przeżył dzieciństwo – i którego portrety są dziś na wagę złota (dosłownie).
  • Jego obrazy są dziś w najważniejszych muzeach świata, a jego wpływ na sztukę trwa nieprzerwanie – od fotografii po kino.

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze