Nie był artystą od dekoracji, tylko od rozbrajania iluzji
Tadeusz Kantor nie należał do tych twórców, którzy przychodzą, grzecznie ustawiają światła i proszą widza, by na dwie godziny zapomniał o życiu. Przeciwnie: on robił wszystko, żeby życie wtargnęło na scenę razem z całym swoim bałaganem, wstydem, pamięcią i niezałatwionymi sprawami. Urodzony w 1915 roku w Wielopolu Skrzyńskim, zmarły w 1990 roku w Krakowie, był nie tylko reżyserem, ale też malarzem, scenografem, pisarzem, teoretykiem sztuki i jednym z najgłośniejszych reformatorów teatru XX wieku.
Zanim stał się legendą, najpierw obraził się na wygodę
Najciekawsze u Kantora jest chyba to, że nie chciał teatru „ładnego”, tylko koniecznego. Studiował w krakowskiej ASP w latach 1934–1939, ale szybko wyszedł poza ramy samego malarstwa, jakby płótno było dla niego zbyt nieruchome. W czasie okupacji współtworzył teatr podziemny, a później konsekwentnie uciekał od oficjalnych estetyk i artystycznych salonów. W latach 50. wycofał się nawet z oficjalnego obiegu sztuki w proteście przeciw doktrynie socrealizmu. To nie był gest dekoracyjny. To był jego stały odruch: gdy rzeczywistość próbowała go ustawić w szeregu, on wolał przewrócić stół.

A potem wymyślił teatr, w którym przedmioty pamiętały więcej niż ludzie
W 1955 roku założył Cricot 2 — teatr, który nigdy nie był zwykłą instytucją, raczej ruchomym laboratorium wyobraźni i katastrofy. U Kantora krzesło nie było krzesłem, manekin nie był rekwizytem, a szkolna ławka potrafiła mieć więcej egzystencjalnej siły niż niejeden monolog. Najgłośniejszym przykładem pozostaje „Umarła klasa”, spektakl z połowy lat 70., który objechał świat i został zagrany ponad 1500 razy; w 1976 roku „Newsweek” uznał go za najlepsze przedstawienie teatralne na świecie. I właśnie tu Kantor zrobił coś osobliwie wielkiego: pokazał, że teatr nie musi opowiadać historii linearnie, żeby mówić prawdę. Wystarczy, że uruchomi pamięć, a pamięć — jak wiadomo — jest bardziej okrutna niż logika.
Pięć ciekawostek o Kantorze
- Po pierwsze, Kantor był jednym z pionierów happeningu w Polsce, a jego pierwszy głośny happening „Cricotage” odbył się w 1965 roku.
- Po drugie, Cricoteka powstała z jego inicjatywy w 1980 roku jako żywe archiwum teatru Cricot 2, a nie zwykły magazyn pamiątek po „wielkim artyście”.
- Po trzecie, Cricot 2 nie miał przez całe życie Kantora komfortu stabilnej, instytucjonalnej siedziby — to też współtworzyło jego legendę artysty działającego trochę wbrew systemowi.
- Po czwarte, Kantor bywał aktorem we własnych przedstawieniach — nie z próżności, tylko dlatego, że chciał być obecny w środku własnego świata, niemal jak demiurg pilnujący katastrofy.
- Po piąte, pracował nad spektaklem „Dziś są moje urodziny” niemal do ostatnich dni życia; zmarł 8 grudnia 1990 roku po jednej z ostatnich prób, a przedstawienie miało premierę już po jego śmierci. Trudno o bardziej kantorowski finał: twórca odchodzi, ale spektakl jeszcze chwilę mówi jego głosem.

I może dlatego wciąż nas niepokoi
Na tle wielu artystów XX wieku Kantor wydaje się kimś osobnym — nie tyle reżyserem spektakli, ile konstruktorem stanów psychicznych. Nie oferował ukojenia, tylko precyzyjnie dawkowany niepokój. Widz wychodził od niego nie z poczuciem, że „coś zrozumiał”, lecz raczej z podejrzeniem, że przez dwie godziny oglądał własną pamięć wystawioną w krzywym zwierciadle. I bardzo dobrze. Sztuka, która niczego nie narusza, jest często tylko grzecznie oprawioną tapetą. Kantor tapet nie robił. Robił pęknięcia. A przez pęknięcia, jak wiadomo, widać więcej.
