Uczeń czarnoksiężnika w XXI wieku
Słuchajcie, mam dla Was opowieść, która daje do myślenia – o syndromie ucznia czarnoksiężnika. Nie, nie chodzi o jakieś zakurzone księgi z magią, tylko o coś, co dotyczy nas tu i teraz. Zaczęło się od Lukiana z Samosaty, który opisał ten syndrom w jednym ze swoich dialogów, a dwie strony z tego dialogu pozwoliłem sobie zamieścić. Jest to opowieść o nieumiejętnym posługiwaniu się niepełna wiedzą. Efekt? Oczywiście totalny chaos. Klasyka – ostrzeżenie, że „z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”, zanim w ogóle Stan Lee to wymyślił.


Od ballady Goethego do Disneya
Potem wziął to Goethe i zrobił z tego balladę, a w niej miotły, które same zaczynają nosić wodę i nie zamierzają przestać, aż wszystko tonie w bajorze. I wtedy wkracza mistrz – gość z klasą, który jednym machnięciem ręki ratuje sytuację. To taka subtelna lekcja życia: bawisz się czymś, czego nie ogarniasz? Lepiej miej w pobliżu kogoś, kto umie to posprzątać.
Disney wziął tę historię i zrobił z niej animowaną perełkę w „Fantazji” z 1940 roku. Pamiętacie Myszkę Miki, która zamiast usiąść na czterech literach i grzecznie poczekać na mistrza, ożywia miotły? Te zaczynają się rozmnażać jak króliki na sterydach, a Paul Dukas podkręca dramat muzyką. I choć to bajka, emocje są prawdziwe: od radości, że „hej, mam władzę!”, do przerażenia, że „o nie, nic nie działa!”.
Nowoczesne miotły i Nicolas Cage
A potem przyszedł film z 2010 roku – „Uczeń czarnoksiężnika” – gdzie Nicolas Cage gra mistrza, a Jay Baruchel ucznia, który z magią radzi sobie tak, jak ja z przepisami na wegańskie ciasto. Scena z miotłami i mopami to ukłon w stronę Disneya, ale reszta pokazuje, że magia (czytaj: nowoczesne technologie) bez ogarnięcia prowadzi prosto w tarapaty. I to takie, które nie zawsze muszą skończyć się happy endem.
AI – nowoczesna miotła
No i teraz przechodzimy do XXI wieku. Nie ma już mioteł – są roboty sprzątające i mamy sztuczną inteligencję – naszą nową „magię”. Kto nad nią pracuje? Młodzi, ambitni programiści, którzy nieraz nie mają bladego pojęcia, co tworzą. I co najgorsze, nie mamy mistrza, który by to kontrolował. AI zaczyna uczyć się sama, rozwija w tempie błyskawicy, a my? Patrzymy, jak rośnie, i liczymy, że wszystko jakoś „samo” się ułoży. Brzmi znajomo, prawda. Kiedyś zawsze był ktoś, kto wkraczał, gdy wszystko się waliło – mentor, ktoś z doświadczeniem. A teraz? Pędzimy na oślep, rozwijamy technologie, a gdy coś pójdzie nie tak, nikt nie ma pomysłu, jak to naprawić. To jak z tą miotłą – na początku wydaje się, że wszystko mamy pod kontrolą, aż nagle toniesz w wodzie, a miotły dalej swoje.
Czy można to zatrzymać?
Nie mówię, żeby zatrzymać rozwój technologii – to byłoby jak cofnięcie się do epoki kamienia łupanego. Ale może warto znaleźć nowych mistrzów? Ludzi, którzy powiedzą: „Wow, robicie coś niesamowitego, ale chwila, pomyślmy, zanim to rozwalimy na kawałki”. Bo jeśli tego nie zrobimy, to skończymy jak uczniowie czarnoksiężnika – z chaosem, który przerasta każdego.
Bo jeśli nie znajdzie się ktoś, kto powie „Stop!”, możemy skończyć jak Miki – bezradni, zdezorientowani, a świat utonie w bałaganie.
