Już po kilku minutach wiadomo, że to nie będzie film, który grzecznie usiądzie przed widzem i zacznie wszystko tłumaczyć. „Zmartwychwstanie” Bi Gana należy właśnie do tej drugiej, znacznie ciekawszej kategorii. To kino z pogranicza science-fiction, sennego horroru i poetyckiej przypowieści, które nie tyle prowadzi widza za rękę, ile raczej wciąga go do środka własnej, niepokojącej wyobraźni. Już sam punkt wyjścia jest znakomity: przyszłość, w której ludzie zostali pozbawieni marzeń, ale w zamian otrzymali niemal nieskończone życie. Życie bez końca, ale bez snu, bez pragnień, bez wewnętrznego ognia? To nie brzmi jak nieśmiertelność. To brzmi jak elegancko urządzona katastrofa.
Bi Gan i kino, które nie chce być grzeczne
Bi Gan nie jest reżyserem, który próbuje przypodobać się widzowi prostą narracją i wygodnym rytmem. To twórca młody, ale już wyraźnie osobny, szukający kina bardziej zmysłowego, duchowego i ryzykownego niż to, do którego przyzwyczaiła nas przemysłowa wyobraźnia współczesnej produkcji filmowej. W filmie mocno wybrzmiewa jego niechęć do ograniczania się tylko do wzorców hollywoodzkich i zwrot ku innemu myśleniu o filmie — bardziej kontemplacyjnemu, bardziej europejskiemu, bardziej wewnętrznemu. To bardzo dobra wiadomość, bo kino robi się dziś często zbyt przewidywalne. A przewidywalność w sztuce jest jak letnia herbata: niby można wypić, ale po co.

O czym jest film „Zmartwychwstanie”?
Bohaterem filmu jest stuletni człowiek, niemal upiorna postać, która nie chce porzucić świata snu i marzenia. Pragnie śnić dalej, jakby właśnie w śnie ukryta była ostatnia resztka człowieczeństwa. Pomaga mu w tym młoda kobieta, wprowadzająca go w stan marzenia za pomocą technik filmowych. I to jest pomysł naprawdę znakomity: film opowiada o śnie, używając samego filmu jak narzędzia do śnienia. Nie tylko fabuła, lecz również forma zaczyna tu mówić własnym językiem. To już nie jest zwykłe opowiadanie historii. To jest seans zanurzenia.
Niemiecki ekspresjonizm, Tarkowski i buddyjski cień
W tej opowieści spotykają się bardzo różne tradycje. Z jednej strony pobrzmiewa duch niemieckiego ekspresjonizmu z lat 20., gdzie sen, cień, deformacja i atmosfera były czymś więcej niż dekoracją — były sposobem myślenia o świecie. Z drugiej strony wyraźnie czuć inspirację Tarkowskim, czyli kinem, które nie spieszy się z odpowiedziami, bo wie, że najważniejsze pytania i tak zostają z człowiekiem po wyjściu z sali. Do tego dochodzi jeszcze wątek buddyjski, obecny zarówno w tle kulturowym samego reżysera, jak i w jego sposobie patrzenia na rzeczywistość. I nagle okazuje się, że „Zmartwychwstanie” nie jest tylko egzotyczną ciekawostką z Chin, ale bardzo świadomym dialogiem między Wschodem i Europą, między metafizyką i obrazem, między snem i końcem świata.

Dlaczego warto zobaczyć ten film w kinie?
Bo to nie jest film do oglądania jednym okiem między herbatą a sprawdzaniem telefonu. To kino, które potrzebuje ciemnej sali, skupienia i tej rzadkiej dziś gotowości, by dać się komuś poprowadzić wolniej. W domu łatwo taki film „obejrzeć”. W kinie można go naprawdę przeżyć. A różnica między jednym a drugim bywa mniej więcej taka, jak między patrzeniem na reprodukcję obrazu a staniem przed nim naprawdę.

Zaproszenie do kina Janosik
W najbliższą środę o 20:00 w kinie Janosik seans filmu „Zmartwychwstanie”. To propozycja dla tych, którzy od kina oczekują nie tylko fabuły, ale też nastroju, myśli i odrobiny twórczego niepokoju. Jeśli tęsknisz za filmem, który nie traktuje widza jak klienta, tylko jak partnera w podróży przez wyobraźnię — ten wieczór jest zdecydowanie dla Ciebie.
