Nocna wyprawa w góry – po co właściwie wychodzić z ciepłego łóżka?
Czasem człowiek patrzy na meteo i jedyne, co mu przychodzi do głowy, to “kołderka, herbata i Netflix”. Ale są tacy, którzy widzą śnieg, ciemność i wiatr i myślą: “No, piękny czas na zdobycie Babiej Góry!”. I wiecie co? Nie pytajcie dlaczego, bo to trochę jak z miłością do starych kaset magnetofonowych – tego po prostu się nie tłumaczy.
Plan był prosty: zimno, ciemno i w miarę wysoko

No więc wyobraźcie sobie taką scenę: wychodzicie nocą, plecak większy od Was, wiatr taki, że darmowy lifting twarzy w pakiecie, a widoczność… no, powiedzmy, że lepsza jest czasami w piwnicy. Ale, wbrew temu, co wielu z Was może sobie pomyśleć, to nie był szalony spontan, tylko konkretnie zaplanowane wyjście. Wszystko było w plecaku: śpiwór, dodatkowe spodnie i rękawiczki, polar, płachta biwakowa, łopata śnieżna, kuchenka gazowa i jedzenie na 2 dni (gdyby jednak trzeba było przeczekać) a nawet dodatkowe baterie do czołówki – normalnie jakbym szykował się na survival w Antarktyce, a nie na beskidzką królową.
Wiem, dla niektórych brzmi to jak początek złego horroru, ale ja potraktowałem to wyjście jako szansę. Szansę, żeby zobaczyć, na co mnie jeszcze stać. To taki mały sprawdzian, w którym nie dostaje się ocen – tylko doświadczenie i tę bezcenną myśl: “Kurczę, dałem radę!”.
Kamienie jako poduszki i wiatr jako kołysanka
Podejście było spokojne, czasem nawet księżyc świecił mi na drogę – 15 grudnia pełnia i to też było w planie! 🙂 Szczyt Babiej Góry przywitał mnie, jak zawsze – po królewsku, czyli złośliwie. Chmury otuliły mnie jak stary koc, tylko zamiast ciepła dały mi chłód i “mocny wiaterek”. Rozłożyłem się ze sprzętem, próbowałem znaleźć trochę komfortu między kamieniami, ale po chwili przyszła myśl: „Leżenie w śpiworze przy huraganowym wietrze to raczej średnie wyzwanie”.
Więc pomyślałem sobie: “A może by zejść teraz? Przetestować zejście nocą, kiedy nie widać nawet własnego nosa? Przecież mam sprzęt, jestem przygotowany, to co mi szkodzi?”. Przecież zawsze mogę wykopać dziuplę w śniegu i przeczekać poniżej szczytu. I w tej właśnie chwili poczułem, że to nie tylko wyzwanie, ale coś w rodzaju rozmowy z własnymi granicami.

Kiedy schodzisz w ciemność, zyskujesz światło w głowie
Zejście było jak walka z niewidzialnym przeciwnikiem. Wiatr tarmosił, śnieg leciał czasem nawet poziomo, a widoczność była tak marna, że momentami nie wiedziałem, czy idę w dół, czy w bok. Ale wiecie co? Było dobrze. Było dobrze, bo miałem kontrolę, a przede wszystkim miałem spokój. Gdyby coś poszło nie tak – łopata i schronienie. Przez całą drogę ani razu nie poczułem paniki ani myśli “Co ja tu robię?”. Było trudno, ale w tej trudności znalazłem coś, czego nie da się opisać słowami.
To jak z życiem: czasem idziesz w ciemno, bez żadnych gwarancji. Ale jeśli się przygotujesz, zaufasz sobie, masz doświadczenie i zrobisz krok, za chwilę poczujesz, że warto było wyjść z własnej strefy komfortu.
Nie ma satysfakcji bez podniesienia poprzeczki
Wiecie, co jest w tym wszystkim najfajniejsze? Że człowiek naprawdę rośnie, gdy robi coś trudnego. To nie chodzi o to, żeby rzucać się od razu na K2, ale żeby stopniowo przesuwać swoje granice. Dziś nocna Babia Góra, jutro może inna góra, inny cel – w górach albo w życiu.
Czy warto? Pewnie, że warto! Kiedy schodzisz z tej cholernej góry, a wiatr nadal cię szlifuje, myślisz sobie: “Żyję. Czuję. Mogę więcej!”. I to jest chyba najpiękniejsze, co można sobie z takiej nocnej wyprawy wynieść.
Idź po swoje, nawet jeśli wieje w twarz
Nie wiem, jakie Wy macie góry do zdobycia. Może to dosłownie góry, może cele w pracy, a może po prostu potrzeba oderwania się od codzienności. Cokolwiek to jest – nie bójcie się tego sprawdzić. Przygotujcie się, bądźcie mądrzy, ale przede wszystkim – nie siedźcie w miejscu. Bo satysfakcja, którą daje pokonanie własnych ograniczeń, to najlepsza nagroda. I żaden Netflix tego nie przebije.
Tych, których to nie przekonało i twierdzą, że to czyste szaleństwo, i tak nie przekonam, ale pozostali może podejmą jakieś osobiste wyzwanie w 2025 roku, czego Wam bardzo, bardzo życzę – satysfakcja gwarantowana!
P.S.
Na koniec jeszcze muzyczna dedykacja dla tych, co kochają góry nie tylko za to, że można sobie „strzelić” selfie.
