Pisarz, który miał za dużo życiorysu jak na jednego człowieka
Wojciech Żukrowski powinien mieć na wizytówce nie zawód, lecz ostrzeżenie: „uwaga, człowiek historycznie łatwopalny”. Urodzony w Krakowie w 1916 roku, przeszedł przez wojnę, okupację, konspirację, literaturę, reportaż, kino, politykę i tę dziwną polską umiejętność stania jedną nogą w dramacie, a drugą w anegdocie. Studiował prawo i humanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, a po wojnie ukończył polonistykę we Wrocławiu; w 1939 roku walczył m.in. pod Różanem i na Lubelszczyźnie. Brzmi jak biografia? Raczej jak scenariusz, który redaktor uznałby za przesadzony, gdyby nie to, że historia Polski ma skłonność do pisania scenariuszy bez konsultacji z dramaturgiem.
Wojna jako matryca wyobraźni
Żukrowski pisał tak, jakby wojna nie była tematem, lecz warstwą geologiczną pod każdym zdaniem. W jego prozie czuć nie tylko front, lecz także powojenne dopisywanie sensu do świata, który wcześniej sensowi zrobił coś bardzo nieuprzejmego. „Z kraju milczenia”, „Dni klęski”, „Lotna” — to nie są tytuły z eleganckiej półki „literatura wojenna”, tylko próby opisania kraju, w którym patos bardzo często siadał przy jednym stole z błotem, głodem i absurdem. Szczególnie „Lotna”, później przeniesiona na ekran przez Andrzeja Wajdę, pokazuje koniec pewnej polskiej mitologii: konia, szabli, kawaleryjskiej fantazji i narodowego przekonania, że poezja potrafi zatrzymać stal. Nie potrafi. Ale potrafi sprawić, że klęska wygląda pięknie — i tu zaczyna się kłopot.

Egzotyka, dyplomacja i polityczny zapach prochu
Potem Żukrowski wyszedł poza polskie pola bitewne i ruszył w świat: Azja, Indie, Wietnam, Chiny, Laos — cały ten powojenny atlas, w którym Europa nagle odkrywała, że nie jest pępkiem globu, tylko raczej jego dość głośnym krewnym. Z wypraw i obserwacji powstały reportaże i powieści, a najgłośniejsze miejsce zajęły „Kamienne tablice” — książka, w której romans, polityka, egzotyka i moralny chaos spotkały się w jednym pokoju, po czym zaczęły udawać, że nic się nie stało. Powieść wzburzyła węgierskich dyplomatów, bo dotykała drażliwego obrazu wydarzeń 1956 roku i komunistycznych elit, pokazując, że nawet w bratnich krajach socjalistycznych braterstwo miało czasem minę urzędnika, który właśnie zgubił pieczątkę.

5 ciekawostek, które warto znać, zanim odłożymy go zbyt szybko
- W czasie okupacji Żukrowski pracował w krakowskim Solvayu; wśród osób związanych z tym miejscem wymienia się także Karola Wojtyłę, późniejszego papieża Jana Pawła II.
- „Porwanie w Tiutiurlistanie” zostało napisane podczas okupacji, a po raz pierwszy ukazało się w 1946 roku; w 1986 roku powstał na jego podstawie pełnometrażowy film animowany.
- Żukrowski odbył daleką podróż do Chin i Wietnamu wraz z Aleksandrem Kobzdejem oraz Erykiem Lipińskim; część delegacji wróciła wcześniej, a dalszą drogę przez Wietnam kontynuowało już bardzo wąskie grono.
- FilmPolski wymienia go m.in. jako scenarzystę lub współautora przy takich realizacjach jak „Lotna”, „Barwy walki”, „Kierunek Berlin”, „Ostatnie dni”, „Potop” oraz „Porwanie w Tiutiurlistanie”.
- Za twórczość dla dzieci i młodzieży otrzymał w 1977 roku nagrodę Prezesa Rady Ministrów, a rok później Nagrodę Państwową I stopnia za całokształt twórczości.



Żukrowski jako problem, nie pomnik
Najciekawsze w Żukrowskim jest to, że nie daje się wygodnie oprawić w złotą ramkę. Był utalentowanym pisarzem, autorem książek dla dorosłych i dzieci, scenarzystą, człowiekiem o szerokim świecie doświadczeń — ale też uczestnikiem oficjalnego życia PRL-u, posłem i postacią uwikłaną w polityczne hierarchie tamtej epoki. I bardzo dobrze, że nie mieści się w prostym pudełku. Literatura nie jest przecież pralnią chemiczną, w której pierze się biografie do bieli absolutnej. Żukrowskiego warto czytać właśnie dlatego, że przypomina, iż pisarz bywa świadkiem, uczestnikiem, beneficjentem i zakładnikiem historii naraz. A historia, jak wiadomo, ma fatalny zwyczaj wracania po swoje długi — czasem z odsetkami.
