Słuchaj nas online

RADIO AWANGARDA

słuchaj nas

Informacje | Kultura | Rozrywka | Nauka

Nie odkładaj siebie na potem

Więcej od tego autora

Czas czytania: 3 minuty

Czy zdarzyło Ci się kiedyś obudzić rano z irracjonalnym, choć natarczywym wrażeniem, że coś w Twoim życiu nie gra? Nie dramat, nie nagła katastrofa, ale coś cichego, trudnego do nazwania. Jakbyś nagle zdał sobie sprawę, że ścieżka, po której kroczysz, choć uporządkowana i pozornie logiczna, nie prowadzi tam, gdzie naprawdę chciałeś iść. Poranek zaczyna się zwyczajnie — kawa, telefon, wiadomości, może dzieci, może kot, może radio w tle — ale w środku coś szepcze: „To nie moje życie, to nie ja”. Właśnie wtedy warto na moment się zatrzymać i nie zagłuszać tego głosu obowiązkami, ale dać mu przestrzeń. Bo czasem jedno niewypowiedziane zdanie, jedno niesłyszane pytanie, może być początkiem przebudzenia. A ono zawsze przychodzi wtedy, gdy człowiek ma odwagę zapytać: czy ja naprawdę tak chciałem żyć?

Od najmłodszych lat wdrukowano nam, że życie to schemat: ucz się, pracuj, buduj, odkładaj, a potem, kiedyś tam, na końcu — odpoczynek, upragniony święty spokój. Ten schemat powtarza się jak mantra — w szkole, w domu, w mediach. Wszyscy grają w tę samą grę, której reguły są z góry ustalone i nikt ich nie kwestionuje. Tyle że coraz częściej ludzie, którzy grali zgodnie z zasadami, docierają na metę z pustymi rękami. I z pustką w środku. Bo odkładali wszystko, co żywe, autentyczne i ich własne — na później. Marzenia? Potem. Podróże? Na emeryturze. Odpoczynek? Jak już się „wszystko ułoży”. I tylko że to „potem” często nie nadchodzi. Albo przychodzi, ale w momencie, gdy ciało nie ma już siły, a dusza została po drodze gdzieś porzucona.

Zastanawiam się czasem, czy największym kłamstwem współczesnego świata nie jest właśnie obietnica tego „później”. Kiedy obserwuję ludzi, którzy kończą pracę zawodową po dekadach wysiłku, widzę nie radość, lecz lęk. Nie wolność, ale dezorientację. Nagle przestają być potrzebni. Nikt nie dzwoni. Nie ma maili. Nie ma spotkań. I co wtedy? Okazuje się, że przez całe życie utożsamiali się tylko z jedną rolą — funkcją, stanowiskiem, byciem „kimś” dla innych, ale nigdy nie zapytali siebie: a kim jestem dla siebie? A przecież nikt nie jest tylko pracownikiem, specjalistą, dostawcą, matką, ojcem. Gdzie w tym wszystkim miejsce na człowieka? Tego cichego, nieproduktywnego, czasem zagubionego — ale prawdziwego?

Wielu z nas żyje, jakby brało udział w niekończącym się castingu do roli „osoby odpowiedzialnej i zaradnej”. Pokazujemy światu swoje wersje próbne, starannie przygotowane scenariusze i gesty. Ale gdzieś głęboko, kiedy jest cicho i nikt nie patrzy, czujemy, że coś jest nie tak. Że to, co robimy, wcale nas nie karmi, nie rozwija, nie uszczęśliwia. Że kolejne zadania, obowiązki, projekty, choć dają pozory kontroli, w rzeczywistości są ucieczką przed pytaniami, których się boimy. Bo co jeśli to wszystko, co nazywaliśmy „karierą”, było tylko próbą zapełnienia pustki? Co jeśli ta pustka nie zniknie, dopóki nie spojrzymy jej prosto w oczy?

Mam znajomych, którzy mają wszystko: domy, samochody, dzieci w dobrych szkołach, zagraniczne wakacje. A jednak ich spojrzenia są puste. Gdy pytam, co ich cieszy, odpowiadają wymijająco. Gdy pytam, czego pragną — milkną. I nie chodzi o to, że są nieszczęśliwi. Są po prostu oddzieleni od siebie. Żyją mechanicznie. Od weekendu do weekendu. Od jednego „muszę” do drugiego. A przecież życie to coś więcej niż grafiki i faktury. To momenty, które poruszają. To bycie z kimś, bez telefonu w dłoni. To robienie czegoś nie dlatego, że trzeba, ale dlatego, że się chce — z serca, z potrzeby, z ciekawości.

Zresztą… Kiedy ostatni raz zrobiłeś coś tylko dlatego, że to kochasz? Nie dla zysku, nie dla lajków, nie dla CV. Po prostu — bo Cię to wołało. Może kiedyś śpiewałeś, pisałeś wiersze, majsterkowałeś, robiłeś zdjęcia. A może po prostu lubiłeś patrzeć w niebo i zadawać sobie dziwne pytania. Gdzie to wszystko się podziało? W którym momencie uznałeś, że nie masz na to prawa? Że to dziecinne, głupie, nieproduktywne? To, co naprawdę nasze, często chowamy najgłębiej. A potem zapominamy, gdzie schowaliśmy.

Widzisz, największym dramatem naszych czasów nie jest to, że ludzie pracują za dużo. To, co naprawdę przeraża, to że nie wiedzą, po co to robią. Mówią: dla bezpieczeństwa, dla rodziny, żeby mieć spokój. Ale czy to naprawdę jest spokój, jeśli kosztuje Cię duszę? Ile razy jeszcze usłyszysz w sobie ten cichy głos mówiący: „to nie jest moje życie”, zanim zdecydujesz się coś zmienić? A może nie trzeba zmieniać wszystkiego. Może wystarczy zacząć od pytania, które nie daje spokoju. Kim jestem, kiedy nikt niczego ode mnie nie chce?

To pytanie jest jak lusterko, które podsuwa Ci życie. Niekiedy zadaje je przez chorobę, czasem przez stratę, a czasem — przez zupełnie zwykły smutek, którego nie da się zignorować. Ale jeśli odważysz się w nie zajrzeć, zobaczysz więcej niż tylko swoje zmarszczki i zmęczenie. Zobaczysz człowieka, który czekał na siebie całe życie. I wreszcie może się spotkać — z sobą, bez masek, bez ról, bez oczekiwań.

Nie twierdzę, że trzeba rzucać wszystko i wyjechać w Bieszczady. Choć… kto wie. Ale może dziś, jeszcze przed snem, warto zamknąć oczy i zapytać siebie: „Czego mi brakuje? Co straciłem po drodze? Kogo nie zauważyłem — w sobie?” To nie muszą być wielkie odkrycia. Czasem wystarczy jedna łza, jedna myśl, jeden głęboki oddech — żeby zacząć wracać. Do siebie. Bo im dłużej czekasz, tym trudniej uwierzyć, że to możliwe. Ale możliwe jest. W każdej chwili. Nawet teraz.

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

Koniecznie przeczytaj

Najnowsze